Wiedziałam, gdzie jest. Trzy dni wcześniej znalazłam jego drugi telefon komórkowy ukryty w schowku samochodu. Były tam obrazy, których nigdy nie zapomnę, mdłe i obrzydliwe wiadomości oraz film, na którym dziecko nazwało Alejandro „Tatą” głosem równie znajomym, co bolesnym. Dziesięć lat małżeństwa okazało się etapem, w którym nieświadomie odgrywałam rolę osoby, która nie pasowała do tego miejsca.
Głos prowadzącego ceremonię brzmiał żywo, gdy goście wznosili toasty i śmiali się, ale ja, pośród tego morza ludzi, zdawałem się być poza tym wszystkim. Nagle ogromne drzwi sali balowej otworzyły się i rozbłysły flesze. Wszedł Alejandro Villanueva, nienagannie ubrany w szary garnitur, emanujący pewnością siebie, która sprawiała, że wydawał się być centrum uwagi. Nie był sam. Pod rękę szła mu młoda kobieta, ubrana na czerwono, z wyzywającym spojrzeniem. Między nimi szło dziecko, którego twarz tak bardzo przypominała Alejandra, że wyjaśnienia nie były potrzebne.