Nie przekleństwem.
Nie rozczarowaniem.
To nie powód do przemocy.
Moje córki były błogosławieństwem.
I zaczęłam im to powtarzać, aż w to uwierzyły.
Aż sama w to uwierzyłam, bez cienia wątpliwości.
Rok później wynajęłam małe centrum handlowe.
To było proste.
Dwa stoliki na chodniku.
Skromna witryna.
Ręcznie malowany szyld.
Nazwę wybrały dziewczyny:
Nowy Początek.
W dniu otwarcia myślałam, że sprzedaż nie będzie wysoka.
Ale potem pojawiła się pani Celia.
Potem pani Neusa.
Potem pielęgniarka, która mnie leczyła w szpitalu.
Potem porucznik Camila.
Potem kobiety, których nigdy wcześniej nie widziałam, ale które usłyszały moją historię za pośrednictwem organizacji pozarządowej lub z sąsiedztwa.
Niektóre przyszły kupić ciasto.
Inne przyszły mnie przytulić.