Każdego ranka mąż bił mnie, bo nie mogłam urodzić mu syna… Aż do dnia, w którym zemdlałam na środku podwórka z nieznośnego bólu. Zawiózł mnie do szpitala i udawał, że spadłam ze schodów. Ale nie wyobrażał sobie, że kiedy lekarz podawał mu wyniki, prześwietlenie go sparaliżowało.
Każdy poranek był taki sam.
„Wyszłam za ciebie, a ty nawet nie jesteś na tyle dobra, żeby dać mi syna”.
Najpierw był policzek.
Potem kopniaki.
Potem ciosy, nie oszczędzając ani mojej twarzy, ani ciała.
Sąsiedzi słuchali… i zamykali okna.
Teściowa została w domu, szepcząc różaniec przed wizerunkiem Matki Boskiej z Aparecidy.
A ja… krzywiłam się, ucząc się bronić jak zranione zwierzę, modląc się, żeby to wszystko szybko się skończyło, żebym mogła wstać i zrobić śniadanie.
Miałam dwie córki.
Dwie piękne córki.