Zamiast tego, szarpnął mnie gwałtownie w kierunku ciężkich dębowych drzwi na końcu korytarza. Do piwnicy.
Pamiętam z bolesną wyrazistością napad sensoryczny tych kilku sekund. Skowyt Emily przeradzający się w głośny, przerażony jęk.
Szmer moich ortopedycznych butów bezskutecznie ślizgających się po wypolerowanym drewnie. Mdły, ołowiany ciężar absolutnego przerażenia opadł mi do gardła, gdy Karen przekręciła mosiężną klamkę i otworzyła drzwi piwnicy na oścież, odsłaniając ziejącą czarną paszczę klatki schodowej.
„David, proszę!” wrzasnęłam, drapiąc go po przedramieniu.
Nie spojrzał na mnie. Po prostu popchnął.
To było mocne, oburęczne pchnięcie w klatkę piersiową. Moje stopy cofnęły się, w pustą przestrzeń. Sturlałam się po drewnianych schodach, uderzając ramieniem o płytę gipsowo-kartonową, kolanami o twarde krawędzie stopni. Próbowałam się podnieść, wbijając paznokieć w krocze, gdy ocierałam się o poręcz. Uderzyłam o betonowy podest z trzaskiem, który przeszył mi kości, a ostry ból rozszedł się wzdłuż kręgosłupa.
Zanim zdążyłam upaść na kolana, Karen była już na szczycie schodów. Nie rzuciła Emily; z zimną precyzją postawiła nosidełko na drugim stopniu, a potem kopnęła je mocno. Plastikowe nosidełko gwałtownie zsunęło się po pozostałych stopniach, podskakując raz z odrazą, zanim uderzyło mnie w biodro. Emily krzyknęła.
Rzuciłam się na nosidełko, ręce trzęsły mi się niekontrolowanie, gdy sprawdzałam stan dziecka. Było przerażone, czerwone na twarzy, ale cudem całe i zdrowe.
Podniosłam wzrok. Sylwetki mojego syna i jego żony majaczyły na szczycie schodów, oprawione ciepłym porannym światłem mojego korytarza.
Wtedy padły słowa. Wypowiedział je David, jego głos był pozbawiony rodzinnego ciepła, pozbawiony jakiejkolwiek ludzkiej nuty.
„Zostań tu, hałaśliwa smarkulo i stara wiedźmo”.