Przypomniałam sobie o telefonie. Był schowany w kieszeni mojego kardiganu. Przez jedną ulotną, euforyczną sekundę ekran rozbłysnął, oświetlając drobinki kurzu tańczące w wilgotnym powietrzu. Miałam wybawienie w dłoni. Wykręciłem numer 911, a mój kciuk zostawił krwawą smugę na szybie.
Brak zasięgu.
Piwnica znajdowała się całkowicie pod ziemią, murowana grubą, wylewaną betonową belką. Przemierzałem pokój, trzymając świecące urządzenie w górze niczym rozpaczliwy sygnał do zaginionej cywilizacji. Nic. Ani jednej kreski.
Nie chcąc marnować baterii, przełączyłem się na latarkę. Snop światła przecinał mrok, odsłaniając przygnębiającą topografię mojego więzienia. Pachniało mokrą ziemią, rozkładającą się tekturą i uporczywym, upiornym aromatem starego tytoniu fajkowego Arthura. Wysoko na przeciwległej ścianie, przy belkach stropowych, znajdowało się pojedyncze, poziome okno na poziomie gruntu. Było pokryte wieloletnim brudem i ledwie na tyle szerokie, by zmieścił się w nim talerz obiadowy, a co dopiero dorosła kobieta.
Pod zakurzonym stołem warsztatowym stała zardzewiała, czerwona, metalowa skrzynka z narzędziami Arthura. Wyciągnąłem ją, metal zgrzytał boleśnie o beton. Wewnątrz leżał mój skromny arsenał: szczypce z cienkimi końcówkami, płaski śrubokręt, ciężki młotek ciesielski, różne gwoździe i blister baterii typu D.
Wszedłem z powrotem po schodach do drzwi. Oparłem nosidełko Emily o nogę, wciskając latarkę pod brodę. Najpierw zaatakowałem zawiasy. Śruby były stare, pomalowane ponad pół tuzina razy, a kąt nachylenia wąskiej klatki schodowej był okropny. Za każdym razem, gdy śrubokręt ześlizgiwał się i uderzał w metal, Emily krzyczała. Upuszczałem narzędzia, podnosiłem ją, przyciskałem usta do jej miękkiego, ciepłego czoła i nuciłem ulubione jazzowe melodie Arthura, aż jej oddech się unormował. Potem kontynuowałem atak.
Waliłem w zasuwę młotkiem, aż moje przedramiona krzyczały z bólu, a nadgarstki były roztrzaskane. Drewno pękało, ale wzmocniona stal ramy trzymała mocno. Była nieprzenikniona. Każde nieudane, niosące echo uderzenie sprawiało, że podziemne ściany zdawały się zbliżać do siebie.
Godziny zlewały się w nieodróżnialną, duszącą pustkę. Pod ziemią czas stawał się śliskim, pozbawionym znaczenia pojęciem.
Kiedy bateria telefonu rozładowała się do czterdziestu procent, wyłączyłem go z ciężkim sercem. Mój wzrok padł na stare, zakurzone radio tranzystorowe stojące na wysokiej półce. Rozerwałem blister z bateriami i wcisnąłem je z tyłu plastikowej obudowy. Przekręciłem pokrętło. Przez gęstą mgłę zakłóceń do pokoju dobiegły ludzkie głosy. Prognoza pogody. Odległy ryk meczu baseballowego. Piosenka pop.