Opadłam na stertę starych koców, płacząc otwarcie po raz pierwszy. Nadal byliśmy przywiązani do świata, nawet jeśli świat był na nas całkowicie ślepy.
Ale gdy radio cicho szumiało, nowy, kwaśny zapach zaczął przytłaczać zapach betonu i kurzu. Dochodził z kąta pokoju, gdzie zaledwie kilka dni temu przechowywałam moje zakupy na targu.
Rozdział 4: Zapach Zbawienia
Natychmiast wprowadziłam drakoński system racjonowania. Mleko w proszku było przeznaczone wyłącznie dla Emily. Woda butelkowana służyła głównie do jej rozrabiania, a ja piłam tylko skąpe łyki, żeby uporać się z suchością w gardle przypominającą papier ścierny. Pozwalałam sobie na jedną łyżeczkę zimnego, galaretowatego groszku z puszki dopiero wtedy, gdy kąciki mojego pola widzenia zaczęły ciemnieć od zawrotów głowy.
Z czystego kawałka płótna ochronnego zrobiłam prowizoryczną przewijalnię. Składałam każdą brudną pieluchę z chirurgiczną precyzją, odkładając je daleko w najciemniejszy kąt, by zachować resztki higienicznej godności. Kiedy płacz Emily przeciągnął się na godziny, odbijając się echem od betonu, zaśpiewałam. Śpiewałam dokładnie te same kołysanki, które kiedyś śpiewałam Davidowi. Każda nuta smakowała jak popiół. Musiałam wydusić z siebie melodie, połykając ostrą, szarpaną żółć goryczy, która groziła uduszeniem.
O drugiej w nocy, jak szacowałam – choć mój wewnętrzny zegar szybko się łamał – kwaśny zapach, który czułam wcześniej, stał się nie do zignorowania.