Ciężkie dębowe drzwi zatrzasnęły się z hukiem, odcinając światło niczym gilotyna. Sekundę później metaliczny, jednoznaczny odgłos zasuwanej zasuwy rozległ się echem po klatce schodowej.
Ich kroki ucichły. Szybkie, zdecydowane. Kierowały się do drzwi wejściowych.
Wdrapałem się po schodach w całkowitej ciemności, ignorując pulsujący ból w ramieniu. Waliłem pięściami w lite drewno, aż skóra na kostkach pękła i rozmazała ciepłą krew na słojach. Krzyczałem imię Davida. Krzyczałem je tak, jak kiedyś, gdy był maluchem biegnącym niebezpiecznie blisko ruchliwego skrzyżowania. Krzyczałem, żeby mój synek wracał.
Ale dom nade mną znieruchomiał. Potem ucichł. Potem głęboko, nieodwołalnie i ostatecznie. Krzyk Emily rozbrzmiał echem w przepastnej ciemności, chudy, kruchy i całkowicie bezradny. Gdy oparłam się o nieustępliwe drzwi, przyciągając do piersi wibrujące ciałko wnuczki, w mojej głowie skrystalizowała się przerażająca świadomość.
Nie tylko stracił panowanie nad sobą. Nie tylko popełnił błąd.
Wsunęłam rękę w ciemność, moja dłoń otarła się o coś szeleszczącego. Plastikową torbę, celowo leżącą na półpiętrze.
Rozdział 3: Architektura niewoli