Był zakurzony i nieco podniszczony, ale pełen uroku: uroku starego Sajgonu. Zatrudniłem stolarza do renowacji fasady, a ściany sam pomalowałem na lawendowo i kremowo. Kupiłem używane stoły i krzesła i wypolerowałem je na błysk. Nazwałem to miejsce „Pływającymi Obłokami”. Miejsce, w którym zagubione dusze mogły wylądować. W dniu otwarcia weszły tylko dwie osoby: starszy mężczyzna, który chciał tylko gorącej wody do makaronu instant, i nastolatka ze słuchawkami na uszach, która została dziesięć minut, zanim wyszła, niczego nie zamawiając. Ale to mnie nie zniechęciło. Pod koniec drugiego tygodnia poczta pantoflowa zaczęła działać. Nie szybko. Ale systematycznie.
Podawała herbatę lotosową w prawdziwych porcelanowych filiżankach. Piekła ciasteczka z sezamem, brązowym cukrem i orzeszkami ziemnymi. W tle puszczała stare płyty Trịnh Công Sơn. Przy wejściu powiesiłam odręcznie napisany napis: „Darmowa herbata dla kobiet po 60. roku życia. Są widoczne. Są kochane”. Codziennie przychodziły nowe kobiety. Niektóre przynosiły zdjęcia wnuków. Inne opowiadały historie – o straconych mężach, dzieciach, które nigdy nie zadzwoniły, o żalach zbyt głębokich, by je nazwać.