Mój wnuk wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami. „Nie wiedziałem, że potrafisz to zrobić” – mruknął. Pochyliłam się ku niemu. „Wciąż nie wiesz o mnie wielu rzeczy”. Skinął głową. „Wspaniale”. Jego rodzice stali tam, czując się nieswojo. Syn pocierał kark. „Myśleliśmy, że może wrócisz. Moglibyśmy… znaleźć trochę miejsca”. Długo mu się przyglądałam. Potem powiedziałam: „Nie”. Nie z okrucieństwa. Nie z zemsty. Po prostu stanowczo. „Jestem już w domu”. Tego wieczoru, po wyjściu ostatniego klienta, usiadłam pod papierowymi lampionami rozwieszonymi na dziedzińcu i patrzyłam, jak rzeka odbija gwiazdy. Myślałam o tych wszystkich latach, kiedy kuliłam się w kącie, by wpasować się w czyjeś życie. Ale już nie. Mówią, że najlepsza zemsta jest zimna. Moja? Podano ją gorącą – w porcelanowych filiżankach, z miodem i jaśminem – i przyprawiła wszystkich o dreszcze. A co najlepsze? Było przepysznie słodkie.