Wpuściła mnie do środka, nie czekając na odpowiedź. W salonie nie było już dywanu. Z kredensu wyjęto połowę naczyń. Kanapa mamy była przykryta folią, a na stole leżała teczka z biura nieruchomości.
“Wynajmujesz mieszkanie?”
“Planuję. Pieniądze będą potrzebne na opiekę”.
“Mama o tym wie?”
“Mama uważa, że wróci tutaj z balkonikiem, wejdzie na trzecie piętro i będzie mieszkała z dwoma kotami, które będą jej się plątać pod nogami. Naprawdę chcesz, żebym omawiała z nią każdą rozsądną decyzję?”
Podniosłem z podłogi niebieską miskę. Nadal była na niej przyklejona mała karteczka z literą “K”, którą mama napisała dla Kłaczka.
“Rozsądna decyzja to powiedzieć w schronisku, że ona umarła?”
Klaudia zacisnęła usta. “Tak było szybciej”.
“Powiedziałaś jej, że Pola jest u ciebie”.
“A co miałam powiedzieć? Że oddałam oba koty? Przestałaby ćwiczyć. Zaczęłaby wydzwaniać do ciebie, do mnie, do sąsiadów. Potem lekarze znowu mówiliby, że potrzebuje spokoju”.
“Dzwoniła do mnie”.
“I co zrobiłeś?”
Zamilkłem.
Klaudia podeszła do kartonu z naczyniami i zaczęła przekładać filiżanki, jedną po drugiej. Ręce jej drżały, ale głos miała równy.
“Chcesz zrobić ze mnie potwora, Mikołaj? Proszę bardzo. Tylko przypomnij sobie, kto mył jej włosy w szpitalu. Kto siedział pięć godzin na izbie przyjęć. Kto jeździł po koszulę nocną, kiedy powiedziałeś, że masz spotkanie. Kto słuchał, jak dwadzieścia razy pyta o te koty”.
“To nie daje ci prawa pogrzebać jej na papierze”.
Rzuciła ręcznik do kartonu. “A twój podpis daje ci teraz prawo stać tutaj i udawać dobrego syna?”
To zdanie trafiło dokładnie tam, gdzie celowała.
Odłożyłem miskę na stół. Obok teczki z biura nieruchomości leżało pokwitowanie. “Otrzymano 2500 zł tytułem rezerwacji najmu lokalu”. Na dole widniało nazwisko młodej pary i podpis Klaudii.
“Już wzięłaś pieniądze?”
“Tak. Ludzie czekają na mieszkanie od przyszłego miesiąca”.
“Bez zgody mamy?”
“Mama nie jest w stanie podejmować rozsądnych decyzji”.
Podniosłem wzrok. “Kto tak powiedział?”
“Ja to widzę”.
“Dzisiaj pamiętała, jakiej karmy Kłaczek nie może jeść. Pamiętała tasiemkę Poli. Pamiętała dokument, którego ja nie przeczytałem. A ty mówisz o niej tak, jakby już jej nie było”.
Klaudia odwróciła się. Na oparciu krzesła wisiał niebieski fartuch mamy. Dolny brzeg był krzywo odcięty — właśnie stamtąd mama kiedyś wzięła tasiemkę dla Poli.
Podszedłem i zdjąłem fartuch z krzesła.
“Nie zabieraj całych tych gratów” — powiedziała siostra. “Już wszystko posegregowałam”.
“To nie są graty”.
“Oczywiście. Teraz, kiedy wjechałeś na białym koniu z kotami, wszystko nagle stało się święte”.
Wyjąłem telefon i sfotografowałem pokwitowanie, teczkę z biura nieruchomości, kartony i miski na stole.
“Co ty robisz?” — zapytała.
“Dokumentuję, że mama nadal żyje, a jej mieszkanie już jest wynajmowane”.
“Wezwiesz policję na własną siostrę?”
“Najpierw pokażę to mamie. To ona zdecyduje”.
Klaudia zaśmiała się krótko i gorzko. “Dopiero teraz postanowiłeś dać jej prawo do decydowania? Po swoim podpisie?”
Nie odpowiedziałem. Włożyłem niebieski fartuch do reklamówki, wziąłem obie miski i wyszedłem. Na schodach trzęsły mi się kolana. Nie przez kłótnię. Przez to, że Klaudia znowu miała rację w jednej sprawie: przyjechałem bronić mamy dopiero wtedy, kiedy sam pomogłem jej nie usłyszeć.
Kiedy wróciłem do ośrodka, mama siedziała w sali spotkań. Pola spała jej na kolanach, a Kłaczek wyciągnął się na podłodze, przyciśnięty do koła wózka.
Położyłem przed nią niebieską i białą miskę. Potem fartuch.
Mama wzięła materiał obiema rękami i przez kilka sekund tylko go trzymała.
“Ona już wynajmuje mieszkanie” — powiedziałem. “Wzięła pieniądze. Zrobiłem zdjęcie pokwitowania”.
Mama nie wyglądała na zaskoczoną. Tylko przesunęła palcem po odciętym brzegu fartucha.
“Wiedziałam, że się spieszy”.
“Chcesz tam wrócić?”
Spojrzała na mnie tak, jakby to pytanie należało zadać dwa miesiące wcześniej.
“Do tamtego mieszkania? Nie. Sama rozumiem, że są tam schody i łazienka, w której się przewróciłam. Ale nie chcę umierać w pokoju, którego nie wybrałam, bez swoich rzeczy i bez swoich zwierząt”.
Usiadłem obok niej.
“Czego chcesz?”
“Małego mieszkania na parterze. Żeby niedaleko był lekarz. Żeby ktoś pomagał mi się myć, dopóki noga jest słaba. I żeby ta dwójka była ze mną”. Popatrzyła na koty. “Prosiłam Klaudię, żeby sprawdziła, ile to kosztuje. Powiedziała, że fantazjuję”.
Trudno było mi na nią patrzeć.
Kłóciliśmy się z siostrą tak, jakby istniały tylko dwa wyjścia: niebezpieczne stare mieszkanie albo stały pobyt w domu opieki. A mama przez cały ten czas prosiła o trzecią możliwość. Nie o cud. O małe mieszkanie z uchwytem w łazience i miejscem na dwie miski.
“Sprawdzę” — powiedziałem.
“Nie mów, że wszystko załatwisz jutro” — odpowiedziała. “Najpierw sprawdź ceny. Potem mów”.
To była cała ona. Ta sama mama, która przez trzydzieści lat przechowywała paragony w metalowej puszce i karciła mnie za obietnice składane pod wpływem emocji.
Tego wieczoru zabrałem Kłaczka i Polę do siebie. Moje mieszkanie w Poznaniu było małe: kuchnia obok salonu, jeden balkon, sypialnia, w której ledwo mieściła się suszarka na pranie. Rozłożyłem fartuch mamy na parapecie, postawiłem obok dwie miski i otworzyłem transporter.
Kłaczek wyszedł pierwszy. Pola dopiero wtedy, kiedy usiadł przy ścianie. Nie zaczęła jeść, dopóki szary kot nie wsunął pyska do niebieskiej miski.
Usiadłem na podłodze i po raz pierwszy od wielu lat zadzwoniłem do matki nie po to, żeby szybko zapytać: “Jak noga?” i zakończyć rozmowę.
“Zjadły” — powiedziałem.
“Pola czekała na Kłaczka?”
“Tak”.
“Ona zawsze czeka”.
Rano wziąłem dzień wolny. Najpierw zadzwoniłem do ośrodka i poprosiłem o spotkanie z pracownicą socjalną. Potem znalazłem trzy małe mieszkania na parterze niedaleko mojego domu. Dwa były zbyt drogie. Trzecie miało maleńką kuchnię, ale w łazience był już zamontowany uchwyt, bo wcześniej mieszkał tam starszy mężczyzna.
Po południu napisała do mnie Klaudia:
“Nie wytrzymasz nawet tygodnia. Koty, lekarze, zakupy, czynsz, pomoc w domu. Potem znowu wszystko zrzucisz na mnie”.
Długo patrzyłem na wiadomość. Potem odpisałem:
“Możliwe, że naprawdę zrzucałem na ciebie za dużo. Ale to nie daje nam prawa decydować, że mama już umarła”.
Nie odpowiedziała do nocy.
Trzy dni później spotkaliśmy się w gabinecie ośrodka. Mama siedziała na wózku przy oknie. Klaudia przyniosła grubą teczkę z wyliczeniami i natychmiast zaczęła mówić: o kosztach opiekunki, o niebezpiecznych schodach, o tym, że mama zapomina o tabletkach i zostawia włączony czajnik.
Mówiła rozsądnie. Nie wszystko było kłamstwem. Mama naprawdę potrzebowała pomocy. Klaudia naprawdę była wyczerpana. Ja naprawdę zbyt długo udawałem, że jej opieka zwalnia mnie z mojej części odpowiedzialności.
Potem pracownica ośrodka zwróciła się do mamy.
“Pani Tereso, a czego pani chce?”
Klaudia natychmiast powiedziała: “Ona nie rozumie, ile to będzie kosztować”.
Mama poprawiła rękaw swetra. “Rozumiem, że stare mieszkanie trzeba wynająć. Nie chcę drugi raz tam upaść. Ale to ja je wynajmę, pieniądze będą wpływały na moje konto, a mieszkać chcę w małym mieszkaniu, do którego zabiorę Kłaczka i Polę”.
Klaudia zaczęła coś mówić, ale mama uniosła rękę.