Wyglądała dokładnie tak samo: opanowana, elegancka i lekko przerażająca. Nie w okrutny sposób, ale w sposób, w jaki przeraża prezes. Była kobietą, która potrafiła zakończyć kłótnię w sali konferencyjnej jednym uniesieniem idealnie ułożonej brwi.
Jej wzrok najpierw spoczął na mnie. Dostrzegłam błysk rozpoznania w jej oczach, a zaraz potem konsternację. Potem jej wzrok przesunął się na Layę.
Coś zmieniło się w jej twarzy. Nagłe i ostre, jak pęknięcie pojawiające się w nieskazitelnej tafli szkła. Spojrzała w górę na szyld nad wejściem – „Święta Brygida” – a potem z powrotem na mnie.
„Maya” – powiedziała. Moje imię brzmiało dziwnie w jej głosie, nabrzmiałe pytaniami, na które nie byłam gotowa odpowiedzieć. „Co ty tu robisz?”
Moim pierwszym odruchem było skłamać. Nie dlatego, że myślałam, że mnie osądzi, ale dlatego, że wstyd był dla mnie fizycznym ciężarem, którego nie mogłam znieść.
„Nic mi nie jest” – powiedziałam – kłamstwo, które zawsze powtarzają wyczerpane kobiety. „Nic nam nie jest. To… chwilowe”.
Wzrok Evelyn powędrował na niedopasowane skarpetki Layi, a potem na moje dłonie, czerwone i popękane od zimna. Jej wyraz twarzy nie złagodniał, ale głos opadł o oktawę.
„Maya” – powtórzyła, podchodząc bliżej. „Dlaczego nie mieszkasz w swoim domu na Hawthorne Street?”
Świat zatoczył koło. Zamrugałam, pewna, że się przesłyszałam.
„Mój… co?”
Nie powtórzyła tego, jakby uważała mnie za głupią. Powtórzyła to, jakby myślała, że zemdleję.
„Dom” – wymówiła, każda sylaba szorstko. „Na Hawthorne Street”.
Moje serce zaczęło bić tak mocno, że nie mogłem