Gwar ucichł. Diane zobaczyła mnie pierwsza. Jej uśmiech zbladł, przerywając jak słabe połączenie internetowe. Przyjrzała się mojej czystej sukience, mojej spokojnej twarzy. Robert zesztywniał obok niej.
Nie podeszli. Po prostu obserwowali, oceniając poziom zagrożenia.
Potem temperatura w pokoju spadła.
Weszła Evelyn Hart.
Poruszała się z powolną, rozważną gracją drapieżnika, który wie, że ofiara nie ma dokąd uciec. Obok niej stał mężczyzna z torbą na laptopa – jej prawnik.
Diane zbladła.
„Evelyn!” – zaćwierkała moja matka, a jej głos był zbyt wysoki. – Co za niespodzianka!
– Diane – powiedziała Evelyn, a jej głos niósł się swobodnie po cichym pokoju. – Zanim zaczniemy jeść, chciałabym coś wyjaśnić.
Skinęła głową w stronę prawnika. Podłączył laptopa do projektora przeznaczonego do rodzinnego pokazu slajdów.
Na ekranie pojawił się slajd. Hawthorne Street 140.
W pokoju rozległ się szmer.
– Mówiłeś mi, że Maya mieszka w tym domu – powiedziała Evelyn. – Mówiłeś mi, że jest zadomowiona i szczęśliwa.
– No cóż… – wyjąkała Diane.
– Spójrzmy na fakty – przerwała Evelyn.
Slajdy się zmieniły.
Klucze przekazane Diane Collins.
Umowa najmu podpisana przez najemców.
Czynsz wpłacony na Wspólne Konto Roberta i Diane Collins.
W pokoju panowała grobowa cisza.
„Nie zabrałeś po prostu kluczy” – powiedziała Evelyn, odwracając się do moich rodziców. „Wynająłeś dom przeznaczony dla twojej córki. Zmusiłeś ją do schroniska dla bezdomnych, podczas gdy sam pobierałeś trzy tysiące dolarów miesięcznie”.
Ktoś jęknął. „Chyba żartujesz”.