Rozdział 3: Zwrot do nadawcy
Pobraliśmy się w sądzie hrabstwa Multnomah w deszczową czerwcową sobotę. Nie było białego kościoła, pięciopiętrowego tortu ani ojca, który poprowadziłby mnie do nieistniejącej nawy. Nasza lista gości
Było nas dwanaście osób – wszyscy przyjaciele i matka Marcusa, Kora.
Kora przyleciała z Cleveland z pojemnikiem Tupperware z ciastem funtowym i jedwabnym kwiatem, który przypięła do mojej sukienki kupionej w komisie za 160 dolarów. Trzymała mnie za ręce, jej oczy były ciepłe i spokojne, i wyszeptała: „Witaj w rodzinie, kochanie”.
Tej nocy siedziałam na skraju naszego łóżka, wpatrując się w bukiet ze sklepu spożywczego, i czułam tak głęboki żal, że aż fizyczny. Właśnie wyszłam za mąż za najlepszego mężczyznę, jakiego znałam, a ludzie, którzy mnie wychowali, nie przejmowali się tym na tyle, żeby nawet patrzeć.