Łzy spływały mi po twarzy. Była piękna. Należała do mnie. Ale kiedy naciągałam cienki koc na jej delikatne ramiona, pielęgniarka Sarah zatrzymała się przy drzwiach, marszcząc brwi w wyrazie głębokiego zakłopotania.
„Eleno” – powiedziała cicho, ściskając podkładkę. „Ten mężczyzna w holu… właśnie podał recepcji imię do aktu urodzenia. Skąd wie, że twoje drugie imię to Rose?”
Była 4:00 rano. W szpitalu zapadła głęboka, zapierająca dech w piersiach cisza nocnej zmiany. Jedynymi dźwiękami były cichy, rytmiczny oddech mojej nowo narodzonej córeczki, tulącej się do mojego boku, i szum świetlówek na korytarzu. Zapadałam w to stan wyczerpania, przesiąkniętego morfiną, a moje pole widzenia było rozmazane.
Wtedy ciężkie drzwi do mojego pokoju zatrzasnęły się.
Krew w żyłach zamarzła mi na kość, gdy taksówkarz wszedł w mrok.
Nie miał na sobie szpitalnej koszuli ani uniformu ochroniarza. Wyglądał dokładnie tak samo jak w taksówce, tylko teraz dostrzegłam głębokie wyczerpanie wyryte głęboko w bruzdach jego twarzy. Jego oczy były mocno przekrwione od nieprzespanej nocy. Cicho zamknął za sobą drzwi.
Z gardła wyrwał mi się stłumiony jęk. Próbowałam sięgnąć do czerwonego przycisku przypiętego do boku łóżka, ale moje ramię było jak z mokrego piasku. Byłam całkowicie sparaliżowana strachem.
Silas spojrzał na śpiące niemowlę, a na jego twarzy pojawił się dziwny, głęboki smutek, a potem spojrzał na mnie.
„Nie…