Wróciłyśmy więc do szatni.
W środku panował typowy chaos na miejskim basenie w sobotni poranek: szum suszarek, trzaskające drzwiczki szafek, matki wołające „Pospiesz się”, płacz dzieci, bo nie mogły znaleźć skarpetki.
Pomagałam Léi zdjąć koszulkę z filtrem UV, gdy nagle się zatrzymała.
Jej twarz się zmieniła.
Jej oczy się rozszerzyły.
Potem wyszeptała zduszonym głosem:
„Mamo… spójrz NA TO”.
Wskazywała na Inès.
Moja siostrzenica była w połowie odwrócona, jedną ręką trzymając ramiączko kostiumu kąpielowego, które szybko podciągała na ramię.
Za szybko.
Za precyzyjnie.
Jakby już wiedziała, co musi ukryć.
„Inès” – powiedziałam cicho – „pozwól cioci pomóc”.
Skuliła się w kłębek.
Tylko odrobinę.
Ale ten drobny ruch mi wystarczył.
Delikatnie podniosłam ramiączko jej kostiumu kąpielowego.
I całe moje ciało zrobiło się zimne.
Pod ramiączkiem, przy jej łopatce, leżał nowiutki opatrunek chirurgiczny.
Bardzo czysty.