W piątek wieczorem moja siostra, Camille, wysłała mi wiadomość, jakby po prostu prosiła mnie o kupno chleba w drodze do domu:
„Czy mogłabyś zaopiekować się Inès w ten weekend? Jestem zawalona pracą”.
Inès była moją siostrzenicą.
Miała sześć lat.
Cicha, słodka dziewczynka, zbyt grzeczna jak na swój wiek, z manierą mówienia „wszystko w porządku”, nawet gdy jej oczy mówiły co innego.
Zgodziłam się.
Bo w rodzinie mówi się „tak”, gdy siostra prosi o pomoc.
W sobotę rano zabrałam Inès na basen miejski w Lyonie z moją córką, siedmioletnią Léą, która mówiła tak głośno, że słychać ją było zza Rodanu.
Dwie dziewczynki były zachwycone.
Przygotowałam ręczniki, czepki kąpielowe, krem z filtrem, mus jabłkowy, ciasteczka, butelki z wodą i ten naiwny optymizm, który pojawia się tylko wtedy, gdy myślisz, że największym problemem dnia będą mokre włosy na siedzeniach samochodowych.
Przez prawie godzinę wszystko szło gładko.
Léa skakała w wodzie, jakby brała udział w igrzyskach olimpijskich.
Inès uśmiechnęła się nieśmiało, trzymając się krawędzi basenu, a potem w końcu roześmiała się, gdy Léa ochlapała ją wodą w twarz.
Pamiętam nawet, jak pomyślałam sobie:
To dobrze jej robi.
Tego potrzebowała.
Potem Léa postanowiła, że musi iść do łazienki.