Pośród chaosu Inès biegała po ogrodzie, z wygojonymi plecami, rumieńcami na policzkach i tak głośnym śmiechem, że trudno było uwierzyć, że to ta sama cicha dziewczynka z szatni.
Zatrzymała się przede mną, zdyszana i szczęśliwa.
„Ciociu Sophie?”
„Tak, kochanie?”
„Dziękuję, że zawiozłaś mnie do szpitala” – powiedziała z prostotą kogoś, kto jeszcze nie pojął ogromu tego, przez co przeszła. „Nawet kiedy mama kazała ci wrócić”.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle.
Uklękłam, żeby być na jej poziomie.
„Zawsze będę jechać w twoim kierunku, rozumiesz? Zawsze”.
Uśmiechnęła się.
Potem objęła mnie swoimi małymi rączkami za szyję.
Po drugiej stronie ogrodu Camille obserwowała nas.
Uniosła dłoń do ust.
Jej oczy napełniły się łzami.
Odwróciłam się do niej, a ona odwzajemniła spojrzenie szczerej wdzięczności, takiej, która nie wymaga słów.
Późnopopołudniowe słońce złociło ściany budynku.
Woda w dmuchanym basenie lśniła.