„Wychodzisz dokładnie w tym, co masz na sobie, Cassie, i szczerze mówiąc, powinnaś być wdzięczna, że w ogóle pozwalam ci wyjść z tego pokoju”. Wesley Rhodes przemawiał z przerażającym opanowaniem w matowoszklanym biurze w centrum Filadelfii, brzmiąc, jakby zwalniał menedżera średniego szczebla, a nie pozbywał się kobiety, która spędziła dekadę u jego boku.
Cassie Miller siedziała nieruchomo naprzeciwko ogromnego mahoniowego biurka, które zdawało się pochłaniać niewielką ilość światła sączącego się przez żaluzje. Obok niej adwokat z urzędu, pan Henderson, przerzucał stos dokumentów drżącą ręką i z miną wyrażającą już porażkę.