Nie mieli pojęcia, że tej nocy nie stracili tylko dostępu do pieniędzy.
Stracili władzę nade mną.
Czarny SUV sunął przez miasto, a ja siedziałam na tylnym siedzeniu z dłonią owiniętą chusteczką. Krew przesiąkała przez cienki materiał, ale nie czułam już pieczenia. Policzek bolał bardziej, choć i to nie było najgorsze.
Najgorsze było wspomnienie twarzy Rodriga.
Nie tej przerażonej z lusterka.
Tej sprzed kilku minut.
Zimnej. Pewnej siebie. Dumnej z tego, że może mnie poniżyć, bo wierzył, że nie mam dokąd pójść.
Przez trzy lata myślał, że jestem tylko żoną, którą można uciszyć spojrzeniem. Kobietą, która podziękuje za resztki czułości. Dziewczyną z targowiska, jak to ujął, która powinna być wdzięczna za marmurowe podłogi i nazwisko Alcázar.