Zatrzymano ją na lotnisku.
Nie było dramatycznej sceny, żadnych krzyków na środku terminala. Po prostu pracownica poprosiła ją, by poczekała. Potem pojawiła się policja. Diamentowy zegarek znaleziono w podszewce jej torby podróżnej.
Kiedy zrozumiała, że Rodrigo jej nie uratuje, zaczęła mówić.
Dużo.
O rachunkach hotelowych. O prezentach kupowanych z kont firmowych. O planie pozbycia się mnie. O tym, że Rodrigo już od miesięcy mówił, iż „stara żona” jest przeszkodą.
Doña Leonor przez kilka dni nie wychodziła z pokoju.
Podobno płakała.
Nie wiem, czy z powodu mnie, czy z powodu utraconego statusu.
Trzeciego dnia wróciłam do Las Lomas.
Nie sama. Ze mną przyjechał prawnik, notariusz, administrator nieruchomości i dwóch ludzi z ochrony.
Rezydencja była cicha. Zbyt cicha.
Ten sam marmur, te same kolumny, ten sam zapach białych kwiatów, który Doña Leonor kazała wymieniać co drugi dzień, żeby dom pachniał „klasą”.
Tylko tym razem nikt nie mógł mnie wyrzucić.
Rodrigo stał przy schodach z twarzą człowieka, który nie rozumie, jak doszło do tego, że jego własny dom przestał go rozpoznawać.
— Valeria, musimy porozmawiać.
— Nie musimy.
— Pięć minut.
— W obecności prawnika.
Przełknął dumę. Widziałam, jak go dławi.
— Przepraszam — powiedział.
To słowo wisiało między nami jak dekoracja postawiona za późno.
— Za co? — spytałam.
Zmarszczył brwi, jakby nie rozumiał.
— Za wszystko.
— Nie. Nazwij to.
Zacisnął szczękę.
— Za to, że cię uderzyłem.
— Dalej.