— Za to, że oskarżyłem cię o kradzież.
— Dalej.
— Za Ximenę.
— Dalej.
Milczał długo.
W końcu spuścił głowę.
— Za to, że traktowałem cię jak kogoś gorszego.
Dopiero wtedy skinęłam głową.
— Dobrze. Przynajmniej teraz znasz nazwy swoich grzechów.
W jego oczach pojawiła się nadzieja.
To było prawie smutne, jak szybko człowiek, który całe lata rozdawał pogardę, uznał jedno zdanie za bilet powrotny.
— Więc może…
— Nie.
Nadzieja zgasła.
— Valeria…
— Rodrigo, przeprosiny nie są gumką do ścierania. Nie usuwają dłoni z mojego policzka. Nie usuwają nocy, w których czekałam, aż wrócisz, wiedząc, że jesteś u niej. Nie usuwają wszystkich kolacji, na których twoja matka traktowała mnie jak służbę, a ty udawałeś, że nie słyszysz.
Oddychał ciężko.
— Byłem idiotą.
— Byłeś okrutny. To coś więcej niż głupota.
Te słowa trafiły.
Doña Leonor zeszła ze schodów powoli. Nie miała już pereł. Jej twarz była szara, bez makijażu.
— Co z nami będzie? — zapytała.