Prawda była inna.
Kiedy go poznałam, Alcázar Constructora stała na krawędzi upadku. Jego ojciec zostawił długi, źle podpisane kontrakty i nazwisko, które wciąż brzmiało dobrze na przyjęciach, choć w bankach budziło już tylko niepokój. Rodrigo nie miał ani dyscypliny, ani pokory, by uratować rodzinny interes.
Ale ja go kochałam.
Widziałam w nim nie aroganta, lecz zagubionego mężczyznę, który udawał silnego, bo bał się przyznać do porażki. Poprosiłam ojca o pomoc. Błagałam go, żeby zainwestował, żeby uratował firmę, dom, reputację.
Ojciec zgodził się, ale postawił jeden warunek.
— Wszystko będzie zapisane na ciebie — powiedział wtedy. — Jeśli ten człowiek pokocha cię naprawdę, nie będzie potrzebował wiedzieć, że stoisz nad nim. A jeśli któregoś dnia spróbuje cię zniszczyć, nie będzie miał czym.
Wtedy uznałam to za brak zaufania.
Teraz wiedziałam, że to była miłość.
Prawdziwa miłość nie zawsze głaszcze po głowie. Czasami przygotowuje dokumenty na dzień, w którym serce pęknie.
Podpisałam.
Jednym ruchem pióra zakończyłam życie, które Rodrigo uważał za swoje.
O drugiej w nocy próbował wyjść z rezydencji z dwiema walizkami.
Ochrona go zatrzymała.
Krzyczał, że jest właścicielem.
Pokazano mu akt własności.
Przestał krzyczeć.
O trzeciej nad ranem Doña Leonor próbowała zadzwonić do bankiera, z którym przez lata piła szampana na aukcjach charytatywnych. Nie odebrał.
O czwartej Ximena przestała udawać, że nie rozumie sytuacji, i zaczęła wysyłać Rodrigowi wiadomości z pytaniem, czy jej nazwisko pojawi się w sprawie.
O piątej wszystkie karty Rodriga zostały zablokowane.
O szóstej pierwsze powiadomienia trafiły do członków zarządu.
O ósmej rano weszłam do sali konferencyjnej Alcázar Constructora.
Nie byłam już kobietą wyrzuconą z domu.