CZĘŚĆ 1
Przez prawie cztery lata moja sześcioletnia córka Lily i ja tworzyłyśmy dwuosobową rodzinę.
Po śmierci męża przestałam snuć długoterminowe plany. Skupiłam się na rzeczach, na które miałam wpływ – szkolnych obiadach, wizytach u dentysty, piątkowych wieczorach filmowych.
Potem w naszym życiu pojawił się Derek.
Nigdy nie próbował zastąpić ojca Lily i może dlatego tak szybko mu zaufała.
Kiedyś zapytała go: „Jeśli poślubisz mamę, czy muszę mówić do ciebie „tato”?”.
Derek odłożył łyżkę.
„Nie. Już miałaś tatę”.
Lily się nad tym zastanowiła.
„Więc jak mam się do ciebie zwracać?”.
„Derek jest w porządku. Wasza Wysokość też się nada”.
Zmarszczyła brwi.
„Zostanę przy Dereku”.
Taką właśnie mieli relację.
Więc kiedy Derek się oświadczył, bez wahania się zgodziłam.
Po raz pierwszy od lat pozwoliłam sobie uwierzyć, że nasza rodzina może się rozrosnąć, a nie rozpadać.
Był tylko jeden problem.
Matka Dereka, Patricia.
Patricia nigdy otwarcie nie powiedziała, że nie podoba jej się fakt, że Derek żeni się z wdową z dzieckiem.
Była na to zbyt elegancka.
Zamiast tego krytykowała w bardzo miłych słowach, które czasem trzeba było rozpoznawać jako obelgi dopiero po dziesięciu minutach.
Miała też obsesję na punkcie perfekcji.
Jej dom wyglądał jak rozkładówka w czasopiśmie. Ręczniki były równo złożone. Poduszki leżały pod tymi samymi kątami. Zdjęcia rodzinne wisiały w identycznych srebrnych ramkach.
A gdy zaczęło się planowanie ślubu, Patricia stała się jeszcze bardziej wymagająca.
Obsesyjnie dbała o kwiaty, serwetki, aranżację miejsc siedzących, dekoracje stołu – a zwłaszcza o zdjęcia.
„Zdjęcia są wieczne” – powtarzała nam nieustannie.
Na początku wydawało mi się to irytujące, ale niegroźne.
A potem Lily stała się częścią problemu.
Lily ma bielactwo.
Ma blade plamy na palcach, łokciach, kolanach i jednej stronie szyi. Dla mnie były po prostu jej częścią – niczym nie różniące się od jej brązowych oczu czy szpary między przednimi zębami.
Ostatnio jednak Lily zaczęła zdawać sobie sprawę, że inni ludzie czasami je zauważają.
Pewnego popołudnia zapytała mnie, czy ktoś może „zarazić się” jej pryszczami, bo jakiś chłopak w szkole nazwał je dziwnymi.
Powiedziałem jej prawdę.
„Nie. Nie są zaraźliwe. A twoja skóra nie jest dziwna”.
Kilka tygodni przed ślubem Lily zapytała, czy mogłaby dostać jakąś specjalną pracę.
„Masz na myśli bycie dziewczynką sypiącą kwiaty?”
Cała jej twarz się rozjaśniła.
„Chcę rzucać płatki, żeby wszyscy wiedzieli, że przyjdziesz!”
Znalezienie sukienki zajęło jej trzy sklepy.
W końcu przymierzyła miękką różową sukienkę ozdobioną drobnymi haftowanymi kwiatkami.
Okręciła się przed lustrem.
„Mamo, wyglądam jak księżniczka”.
Potem spojrzała na swoje nagie ramiona.
„Czy moje plamy dobrze wyglądają z różem?”
Ścisnęło mnie serce.
„Uwielbiasz tę sukienkę?”