Nie zdawał sobie sprawy, że jest jedynie błaznem dworskim, tańczącym na oślep na scenie, która należała do mnie, a ja właśnie postanowiłem, że oficjalnie i definitywnie kończę z odgrywaniem roli chłopa.
2. Policzek chłopa
Nie czekałem w samochodzie. Nie wróciłem do domu, żeby płakać w poduszkę.
Wysiadłem z limuzyny, ignorując zdezorientowane spojrzenia parkingowego, i przeszedłem przez wielkie, obrotowe, szklane drzwi hotelu St. Regis. Ominąłem czerwony dywan, cicho prześlizgując się bocznym wejściem, z którego korzystał personel hotelu, i przemierzałem labirynt korytarzy, aż dotarłem do wejścia do Wielkiej Sali Balowej.
Sala była zapierającym dech w piersiach widowiskiem ogromnego bogactwa korporacji. Ogromne kryształowe żyrandole rzucały ciepłą, złotą poświatę na setki gości ubranych w haute couture. Kelnerzy niosący srebrne tace z szampanem i kawiorem krążyli wśród tłumu. W kącie cicho grał kwartet smyczkowy.
Stałam w cieniu przy wejściu, rozglądając się po sali.
Niemal natychmiast dostrzegłam Marcusa. Stał mniej więcej na środku sali, trzymając kryształowy kieliszek szampana, śmiejąc się płynnie i pewnie z niewielką grupą starszych, bardzo zamożnych mężczyzn i kobiet.
Od razu rozpoznałam tę grupę. Byli to wiceprezesi wykonawczy i starsi dyrektorzy regionalni Vanguard Holdings. To właśnie na nich Marcus musiał zrobić wrażenie, aby umocnić swoją pozycję.
Wzięłam głęboki oddech. Moje serce było całkowicie spokojne. Puls miarowy.
Wyszłam z cienia.
Nie skuliłam się. Szłam prosto, zdecydowanym krokiem przez zatłoczoną salę balową, moja prosta granatowa sukienka wyróżniała się niczym ciemna plama na tle morza błyszczących cekinów i jedwabiu.
Weszłam prosto do elitarnego kręgu dyrektorów Marcusa.
Marcus był w połowie zdania, opowiadając mocno podkoloryzowaną historię o genialnym manewrze logistycznym, który rzekomo zaaranżował w zeszłym kwartale, gdy zatrzymałam się tuż obok niego.