Szłam w kierunku domu, przeciskając się przez tłum śmiejących się dzieci i pijących dorosłych. Weszłam do kuchni, przeszukałam ogromną designerską torebkę mamy, znalazłam klucze i wyszłam frontowymi drzwiami na okrągły podjazd. Bagażnik był zablokowany, przez co musiałam przez kilka męczących minut mocować się z zamkiem, zanim w końcu wyjęłam aksamitne pudełko na biżuterię.
Załatwienie sprawy zajęło mi dokładnie piętnaście minut.
Pospiesznie przeszłam przez dom, ściskając w dłoniach ciężkie pudełko z prezentem. Gdy wyszłam na tylne patio, oślepiające popołudniowe słońce uderzyło mnie w oczy. Rozejrzałam się po morzu dzieci, szukając jaskrawożółtej sukienki Rosie.
Sprawdziłam dmuchany zamek. Sprawdziłam stanowisko klaunów. Sprawdziłam stoliki z przekąskami.
Nic.
Serce zaczęło mi walić w piersiach. Zimny pot oblał mi kark.
Przeciskałam się przez tłum, gorączkowo rozglądając się. Znalazłam Natalie i moją mamę wciąż stojące przy stole z tortem. Stukały się kieliszkami z winem, śmiejąc się z żartu, który właśnie opowiedział jeden z kolegów Prestona.
Rosie nigdzie nie było widać.