Kiedy skończyłem 36 lat, ciężar samotności zaczął być cięższy niż zimowa mgła spowijająca moje małe miasteczko. W naszej społeczności, gdzie czas zdaje się mierzyć zbiorami i małżeństwami, mężczyzna w moim wieku bez żony i dzieci jest w oczach sąsiadów anomalią. „Czy on planuje zostać sam na zawsze?” – słyszałem szepty kobiet na targu, udających, że wybierają warzywa. „Biedaczysko, jego czas minie” – mówili inni z mieszaniną litości i kpiny.
Prawda jest taka, że nie wybrałem samotności, ale też nie byłem skłonny do wymuszania miłości. Moje życie było proste, może dla niektórych monotonne, ale dla mnie spokojne. Pielęgnowałem ogród, opiekowałem się kurami i kaczkami i znajdowałem ukojenie w ciszy popołudni. Nie miałem bogactw, ale moja dusza była spokojna. Jednak los ma osobliwy sposób na splatanie nici życia, gdy najmniej się tego spodziewamy.
Było zimowe popołudnie, jedno z tych szarych popołudni, kiedy chłód przenikał do szpiku kości, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Byłem na wiejskim targu, kupując nasiona. W kącie, prawie niewidoczna dla spieszącego się tłumu, stała skulona postać. To była kobieta. Jej ubranie składało się jedynie z brudnych szmat, włosy miała splątane, a ciało tak kruche, że zdawało się, że podmuch wiatru mógłby ją porwać. Siedziała na ziemi z wyciągniętą ręką, błagając o coś do jedzenia.