Ludzie mijali ją z obojętnością, niektórzy wręcz z pogardą, odwracając wzrok, jakby ubóstwo było zaraźliwą chorobą. Ale coś mnie zatrzymało. Nie jej żałosny wygląd mnie urzekł, ale jej oczy. Kiedy podszedłem, spojrzała w górę na sekundę. Były to czyste, głębokie oczy, przepełnione tak przytłaczającym smutkiem, że poczułem gulę w gardle. W tym spojrzeniu była godność, iskra człowieczeństwa, której nie mógł ukryć brud.
Bez namysłu kupiłem gorące ciastka ryżowe i butelkę wody i dałem jej je. Drżącymi rękami przyjęła jedzenie i wymamrotała prawie niesłyszalne „dziękuję”, nie patrząc na mnie ponownie. Tej nocy, sam w domu, nie mogłem wyrzucić jej obrazu z głowy. Szum wiatru uderzającego w okno sprawił, że zastanawiałem się, gdzie śpi i czy jest jej zimno.
Kilka dni później znalazłem ją w innym kącie targu. Usiadłem obok niej, ignorując spojrzenia przechodniów. Zaczęliśmy rozmawiać. Powiedziała mi, że ma na imię Hanh. Jej głos był miękki i uprzejmy, co stanowiło ostry kontrast z jej wyglądem. Nie miała domu, rodziny, nikogo na świecie. Długo się tułała, żywiąc się resztkami jałmużny. Słuchając jej, poczułem w piersi dziwną, ale silną pewność. Wiedziałem, że to szaleństwo, ale to szaleństwo wydawało się słuszne.
„Jeśli chcesz… wyjdź za mnie” – słowa wyrwały mi się z ust, zanim zdążyłam je przetworzyć. „Nie jestem bogata, nie mogę zaoferować ci luksusów, ale obiecuję, że nigdy nie zabraknie ci ciepłego jedzenia ani dachu nad głową”.
Oczy Hanha rozszerzyły się z niedowierzania. Cały targ zdawał się zamarć. Wokół nas rozległy się szmery niczym rój pszczół. „On oszalał” – mówili. „Ożenić się z żebraczką? Jak bardzo musi być zdesperowany”.