Policjanci stali pod naszym domem, a mój syn trzymał paragon jak ostatni dowód swojej niewinności
— Pani Magdalena Sowa?
Dwóch policjantów stało na naszym progu o siódmej rano, a za nimi sąsiadka z naprzeciwka udawała, że podlewa suchą doniczkę. Jeden z funkcjonariuszy miał spokojną twarz, drugi patrzył ponad moim ramieniem do środka, jakby szukał chłopca, który powinien się bać.
A ja już się bałam.
— Tak — odpowiedziałam, zaciskając dłoń na klamce. — O co chodzi?
— Czy pani syn, Oskar Sowa, jest w domu?
Za moimi plecami coś stuknęło.
Odwróciłam się. Oskar stał w korytarzu w szkolnej bluzie, z mokrymi włosami po prysznicu i twarzą tak bladą, że przez sekundę zobaczyłam w nim jego ojca. Ten sam upór w oczach. Ta sama próba wyglądania na odważniejszego, niż się jest.
— Jestem — powiedział.
Policjant spojrzał na niego uważnie.
— Musimy porozmawiać o wózku inwalidzkim, który wczoraj kupiłeś.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
— Jakim wózku?
Oskar zamknął oczy.
Wiedziałam już wtedy, że coś ukrył. Ale nie wiedziałam jeszcze, że ten sekret rozedrze mi serce, zanim je poskłada inaczej.
Weszli do kuchni. Nie miałam nawet czasu schować kubka po wczorajszej herbacie ani rachunków leżących na stole. Nasze mieszkanie było małe, zmęczone, pełne rzeczy, których nie wyrzucałam, bo każda z nich kosztowała zbyt dużo pracy albo zbyt dużo wspomnień. Na ścianie, nad kredensem, wisiała gitara mojego zmarłego męża, Marka.
A raczej powinna wisieć.
Dopiero gdy policjant usiadł przy stole, zobaczyłam pusty hak.
Pusty.
Moje serce osunęło się gdzieś nisko.
— Oskar — wyszeptałam. — Gdzie jest gitara taty?
Mój syn patrzył w podłogę.
Policjant wyjął notes.