Spojrzałam na jego profil. Nadal miał dziecięce policzki, ale szczękę już jak Marek. Upartą. Gotową przyjąć cios, jeśli wcześniej zrobiło się to, co uważało się za słuszne.
— Jestem złamana — powiedziałam szczerze. — Ale nie przez ciebie.
Odwrócił głowę.
— Gitara taty…
Głos mu się załamał.
— Myślałem, że on by zrozumiał.
Poczułam łzy pod powiekami.
— Zrozumiałby. Ale bolałoby go, że musiałeś zrobić to sam.
Oskar spuścił wzrok.
Przed szkołą zebrała się mała grupa nauczycieli. Dyrektor, pan Lis, stał przy wejściu z miną człowieka, który już ćwiczył zdanie: „Nic nie wskazywało na poważny problem”. Obok niego była wychowawczyni Oskara i Mai, pani Grabowska, blada, z dłońmi splecionymi tak mocno, że pobielały jej palce.
Na podjeździe stał nowy wózek Mai.
Czysty, lekki, dobrze dopasowany, z granatową tapicerką. Obok niego, oparty o ścianę, znajdował się ten stary.
Nie dało się patrzeć na niego bez wstydu.
Metalowa rama była obdrapana, jedno koło wyraźnie krzywe, podłokietnik owinięty taśmą izolacyjną. Siedzisko zapadnięte. Hamulec po prawej stronie wisiał luźno. Na pierwszy rzut oka było widać, że żadne dziecko nie powinno było spędzać w nim dnia, tygodnia, miesiąca. A Maja jeździła w nim do szkoły przez prawie dwa lata.
Maja siedziała na ławce obok wejścia. Miała jasne włosy, różową bluzkę i dłonie splecione na kolanach. Uśmiechała się, gdy tylko zobaczyła Oskara, ale był to uśmiech przestraszony. Przy niej stała kobieta z opieki społecznej.
— Oskar — powiedziała Maja cicho.
Mój syn podszedł do niej powoli.
— Wszystko okej?
Dziewczynka wzruszyła ramionami, jakby nie była pewna, czy wolno jej odpowiedzieć prawdę.
— Pan Robert powiedział, że jesteś złodziejem.
— Nie jestem.
— Wiem.
Dwa słowa.