— Wyjaśnij — powiedział ten starszy.
Mój syn zacisnął dłonie.
— Jej wózek był zepsuty. Hamulec nie działał, koło się zacinało, tapicerka była rozerwana. Wszyscy w szkole to widzieli. Wszyscy udawali, że nie. Pani od biologii mówiła, że “rodzina pewnie wie najlepiej”. Chłopaki z ósmej klasy chowali jej plecak na górną półkę, bo nie mogła dosięgnąć. Raz spadła przy rampie. Ja ją podniosłem. Miała całe kolano we krwi.
— Czemu nie zgłosiłeś tego dorosłym? — spytał policjant.
Oskar się roześmiał. Krótko i gorzko.
— Zgłaszałem.
Spojrzałam na niego.
— Komu?
— Wychowawczyni. Pedagog. Dyrektorowi. Mamie też chciałem powiedzieć, ale…
Zawahał się.
— Ale co?
— Ale ty płakałaś wtedy nad rachunkami za prąd i mówiłaś przez telefon z babcią, że jakoś damy radę. Nie chciałem ci dokładać.
To zabolało bardziej niż sprzedaż gitary.
Mój własny syn, czternastoletni chłopiec, uznał, że mój ciężar jest już tak wielki, że musi sam dźwigać cudzy.
— Oskar… — zaczęłam.
— Maja mówiła, że jej ojczym dostaje pieniądze na sprzęt — przerwał mi szybko. — Ale mówił, że nie ma. Że “państwo daje grosze”. A potem kupił sobie motor. Ona nawet nie miała poduszki przeciwodleżynowej. Siedziała na złożonym ręczniku.
Starszy policjant przestał pisać.
— Skąd wiedziałeś, jaki wózek kupić?