— Oskar, pan Robert Wolski zgłosił, że zmusiłeś jego pasierbicę, Maję, do przyjęcia drogiego sprzętu medycznego niejasnego pochodzenia. Twierdzi też, że ukradłeś pieniądze przeznaczone dla jego rodziny.
— Nie ukradłem — powiedział Oskar natychmiast.
Jego głos się załamał, ale oczy miał suche.
— To pokaż, skąd miałeś pieniądze — powiedział drugi policjant.
Oskar pobiegł do swojego pokoju. Wrócił z pogniecioną kopertą. W środku były paragony, potwierdzenie przelewu, umowa sprzedaży i kartka z komisu muzycznego.
Położył wszystko na stole.
— Sprzedałem gitarę — powiedział cicho. — Tę po tacie.
Nie uderzyłam go. Nie krzyknęłam. Nie zrobiłam nic, co człowiek wyobraża sobie w takiej chwili. Po prostu usiadłam, bo kolana odmówiły mi posłuszeństwa.
Ta gitara była ostatnią rzeczą Marka.
Mój mąż zmarł trzy lata wcześniej na zawał w autobusie do pracy. Miał czterdzieści dwa lata, gitarę z ciemnego drewna i zwyczaj grania wieczorami przy otwartym oknie, nawet zimą. Po jego śmierci Oskar prawie się nie odzywał przez miesiąc. Potem pewnego dnia zdjął gitarę ze ściany i zaczął uczyć się tych samych chwytów. Nie płakał przy mnie. Płakał w dźwiękach.
A teraz ją sprzedał.
— Dlaczego? — zapytałam, choć odpowiedź już leżała przed nami jak rana.
Oskar przełknął ślinę.
— Bo Maja siedziała w tamtym starym wózku jak w pułapce.
Policjanci spojrzeli po sobie.