— Jej fizjoterapeutka kiedyś napisała model na kartce. Maja miała ją w zeszycie. Sprzedałem gitarę, dołożyłem pieniądze z wakacyjnej pracy i to, co miałem z urodzin. Sklep zrobił rabat, bo powiedziałem prawdę.
— A pan Robert?
Oskar zacisnął szczękę.
— Przyszedł wczoraj do szkoły. Krzyczał na nią. Powiedział, że zrobiła z siebie żebraczkę, że ja chcę ją ośmieszyć. Potem wyrwał jej paragon i zobaczył moje nazwisko. Wieczorem zadzwonił na policję.
W kuchni zapadła cisza.
Za oknem dzieci z plecakami szły do szkoły. Zwykły poranek. Zwykłe życie. A ja siedziałam przy stole i patrzyłam na syna, który sprzedał ostatnią pamiątkę po ojcu, bo dorośli wokół niego byli zbyt wygodni, zbyt ślepi albo zbyt tchórzliwi.
— Czy Maja jest bezpieczna? — zapytałam nagle.
Policjant spojrzał na mnie uważnie.
— Właśnie dlatego tu jesteśmy, proszę pani. Bo sprzedawca ze sklepu medycznego też złożył zawiadomienie. Nie o pani synu. O stanie dziecka i reakcji opiekuna.
Oskar podniósł głowę.
— Czyli nie jestem aresztowany?
Drugi policjant westchnął.
— Nie. Ale musimy ustalić wszystko dokładnie.
Wtedy zadzwonił telefon starszego funkcjonariusza. Odebrał, słuchał przez chwilę, po czym jego twarz stężała.
— Rozumiem. Proszę zabezpieczyć dokumenty. Już jedziemy.
Rozłączył się i spojrzał na nas.
— Pan Robert Wolski przez ostatnie dwa lata pobierał świadczenia, refundacje i darowizny na zakup nowego wózka dla Mai. Według pierwszych ustaleń sprzęt nigdy do niej nie trafił.
Oskar usiadł powoli.
Ja zakryłam usta dłonią.
Policjant dodał ciszej:
— I wygląda na to, że pani syn nie kupił jej prezentu. On przerwał coś, co trwało bardzo długo.
Kiedy stary wózek Mai trafił jako dowód na komisariat, prawda o jej domu była cięższa niż gitara, którą mój syn poświęcił
Do szkoły pojechaliśmy radiowozem.
Nie dlatego, że Oskar był winny. Dlatego, że policjanci uznali, że musi złożyć zeznania, a ja nie miałam siły prowadzić. Siedział z tyłu obok mnie, z plecakiem na kolanach i oczami wbitymi w szybę. Przez całą drogę nie odezwał się ani słowem.
Dopiero pod szkołą wyszeptał:
— Mamo, jesteś na mnie zła?