Ze wstydu za nas, dorosłych.
Dyrektor chrząknął.
— Procedury zostały uruchomione.
Starszy policjant spojrzał na niego.
— Cztery miesiące temu?
Pan Lis zamilkł.
Tego dnia Robert Wolski został zatrzymany do wyjaśnień. Był ojczymem Mai, drugim mężem jej matki, która zmarła trzy lata wcześniej. Po jej śmierci przejął opiekę nad dziewczynką. Z dokumentów wynikało, że otrzymywał świadczenia pielęgnacyjne, zasiłki, refundacje sprzętu, pieniądze z dwóch zbiórek internetowych i jednorazową darowiznę od fundacji. W sumie tyle, że Maja mogłaby mieć nie tylko nowy wózek, ale także regularną rehabilitację, podjazd w domu i opiekę psychologiczną.
Nie miała nic.
Stary wózek był darem po innym dziecku. Za mały. Zużyty. Niebezpieczny.
A Robert przez dwa lata mówił wszystkim, że “robi, co może”.
Wieczorem, gdy wróciliśmy do domu, Oskar zamknął się w swoim pokoju. Nie włączał muzyki. To było najgorsze. W naszym mieszkaniu cisza po muzyce Marka zawsze brzmiała jak kolejna śmierć.
Zapukałam.
— Mogę?
— Tak.
Siedział na podłodze, oparty o łóżko. Na ścianie był pusty hak po gitarze. Patrzył na niego tak, jak patrzy się na miejsce po kimś, kto właśnie wyszedł i już nie wróci.
Usiadłam obok.
Przez chwilę milczeliśmy.
— Sprzedałem ją za mało — powiedział.
— Co?
— Pan w komisie powiedział, że jest stara, poobijana, że nikt teraz takich nie szuka. Dał mi dwa tysiące. Resztę dołożyłem z oszczędności. Ale potem sprawdziłem w internecie. Ona mogła być warta więcej.
Zamknęłam oczy.