Zaśmiał się mocniej, a potem znów zapłakał.
Następnego dnia pod naszym domem pojawili się policjanci drugi raz.
Tym razem nie byli sami.
Z nimi przyszedł właściciel komisu muzycznego, pan Krzysztof. Trzymał w rękach futerał.
Futerał Marka.
Oskar zobaczył go przez okno i wybiegł na klatkę tak szybko, że prawie przewrócił krzesło.
Pan Krzysztof stał na schodach z twarzą człowieka, który niesie coś cięższego niż drewno i struny.
— Chłopcze — powiedział. — Ja cię bardzo przepraszam.
Oskar zamarł.
— Co?
Mężczyzna podał mu futerał.
— Nie powinienem był jej od ciebie kupić za taką cenę. Widziałem, że jesteś dzieciakiem. Widziałem, że cię boli. Powinienem zapytać, gdzie są rodzice. Ale pomyślałem o interesie. Wczoraj policja przyszła do mnie po potwierdzenie sprzedaży i wtedy usłyszałem, po co to zrobiłeś.
Oskar patrzył na futerał, nie dotykając go.
— Ale ja dostałem pieniądze.
— Pieniądze zostają jako darowizna na wózek — powiedział pan Krzysztof. — Gitara wraca.
— Nie możemy… — zaczęłam.
Wtedy starszy policjant uśmiechnął się lekko.
— Może pani. Pan Krzysztof skontaktował się z fundacją, która zajmuje się pomocą dzieciom z niepełnosprawnościami. Wózek Mai zostanie opłacony z ich środków, a pieniądze Oskara wrócą na specjalne konto edukacyjne.
Pan Krzysztof dodał cicho:
— I jeśli Oskar nadal gra, to ja chciałbym mu dać rok lekcji za darmo. Jeśli pozwolicie.
Mój syn otworzył futerał.
Gitara leżała w środku. Ta sama. Z rysą przy pudle, którą Marek zrobił w dniu, gdy niosąc ją, potknął się o zabawkowy samochodzik Oskara. Ta sama z wyblakłym paskiem. Ta sama, którą przez trzy lata traktowaliśmy jak relikwię, a teraz wracała do nas nie jako pamiątka, tylko jako świadek czegoś większego.
Oskar dotknął strun.