Wiem.
Powiedziała je tak, jakby trzymała je dla niego przez całą noc.
Na korytarzu szkoły wszystko stało się głośniejsze. Dzieci szeptały. Telefony znikały w kieszeniach, gdy policjant spojrzał w ich stronę. Dyrektor zaprosił nas do gabinetu. W środku pachniało kawą, papierem i strachem.
Pani Grabowska zaczęła płakać jeszcze zanim usiadła.
— Ja mówiłam dyrekcji — powiedziała. — Mówiłam, że ten wózek jest niebezpieczny. Mówiłam, że Maja często przychodzi bez śniadania. Ale pan Wolski zawsze przynosił dokumenty, zaświadczenia, mówił, że jest opiekunem, że dziecko dramatyzuje, że nie chce rehabilitacji…
— I pani uwierzyła? — spytałam ostro.
Nie planowałam tego tonu. Wyszedł sam.
Nauczycielka spojrzała na mnie z bólem.
— Nie. Ale zabrakło mi odwagi, żeby zrobić więcej niż notatki.
Na biurku dyrektora leżał segregator. Policjant otworzył go i zaczął przeglądać strony. Były tam zgłoszenia, skargi, prośby. Jedna notatka z podpisem mojego syna.
“Koło wózka Mai blokuje się przy zjeździe z rampy. Proszę coś zrobić, bo ona się boi.”
Data sprzed czterech miesięcy.
Poczułam, jak płoną mi policzki.
Nie ze wstydu za Oskara.