Przecznicę dalej, z włączonym silnikiem w cieniu pod obumierającym dębem, stał znajomy pojazd. Nie był to elegancki, świeżo wynajęty czarny SUV, którym Tiffany jeździła tydzień wcześniej. To był starszy, zardzewiały, srebrny Range Rover, taki, jaki kupuje się z drugiej ręki od biedoty. Silnik cicho mruczał. Ktoś siedział na miejscu kierowcy, jego sylwetka była całkowicie zasłonięta ciemnością kabiny, a twarz zasłonięta światłem latarni ulicznych. Stał w całkowitym bezruchu, po prostu obserwując bramy parku. Obserwując. Czekając.
Sześć miesięcy później.
Ogromna sala balowa hotelu Pierre była wirującym morzem surowego jedwabiu, szytego na miarę aksamitu i lśniących diamentów. Prowadziłem doroczną Galę Dobroczynności Vance’a, obowiązkowe wydarzenie towarzyskie dla elity miasta, podczas którego wystawiano ogromne czeki z możliwością odliczenia od podatku na rzecz różnych fundacji edukacyjnych. W powietrzu unosił się dźwięk kwartetu smyczkowego i cicha, szepcząca rozmowa.
polityków i miliarderów.
Stałem na głównym podium, w blasku reflektorów bijącym mi prosto w twarz, kończąc przemówienie.
„…bo prawdziwe inwestowanie w społeczność” – powiedziałem do mikrofonu, a mój głos rozbrzmiał echem wśród milczącego tłumu – „nie polega na budowaniu wyższych murów. Chodzi o budowanie dłuższych stołów. Dziękuję za dzisiejszą hojność”.
Rozległy się uprzejme, entuzjastyczne brawa. Uśmiechnąłem się, schodząc ze sceny i płynnie wtapiając się w tłum, kiwając głową członkom zarządu i ściskając dłonie senatorów stanowych.
Przeszedłem w stronę granicy sali, szukając chwili wytchnienia w pobliżu masywnych, łukowatych okien, z których roztaczał się widok na lśniącą panoramę Manhattanu. Gdy zbliżałem się do cichej wnęki, pracownica cateringu podeszła bliżej, z pokornie pochyloną głową, wyciągając srebrną tacę z trzema kryształowymi kieliszkami szampana.
„Szampan, proszę pani?” – zapytała szorstkim, wyczerpanym głosem.