Wyciągnęłam rękę, zaciskając palce na chłodnej nóżce kieliszka. Zatrzymałam się. Spojrzałam na dłonie trzymające srebrną tacę. Nie zdobiły ich już szkarłatne akrylowe paznokcie. Były czerwone, podrażnione i popękane, paznokcie obgryzione do żywego, noszące nieomylne ślady ostrego płynu do mycia naczyń i ciężkiej pracy fizycznej.
Podniosłam wzrok.
To była Tiffany.
Dres Gucci i botoks zniknęły. Tonęła w tanim, niedopasowanym białym, poliestrowym uniformie cateringowym. Jej włosy, niegdyś kaskada drogich blond doczepów, były związane w kędzierzawy, zrezygnowany kok. Czyste wyczerpanie wyryte na jej twarzy sprawiało, że wyglądała na dziesięć lat starszą.
Na trzy sekundy gwar gali ucichł w absolutną ciszę. Po prostu spojrzeliśmy sobie w oczy. W jej wyrazie twarzy nie było gniewu, poczucia wyższości, ani tlącego się jadu. Była tylko głęboka, przytłaczająca mieszanka głębokiego wstydu i przerażającego rozpoznania. Wiedziała dokładnie, na czyim przyjęciu pracuje. Wiedziała dokładnie, na czyim piętrze stoi.
Nie uśmiechnąłem się. Nie triumfowałem. Po prostu wziąłem kieliszek szampana, a mój Patek Philippe na ułamek sekundy zalśnił w blasku żyrandola.
Pochyliłem się lekko, a zapach jej taniego mydła zastąpił zapach perfum Toma Forda.
„Widok z tej strony jest inny, prawda?” – wyszeptałem.