Dwa.
Każda spadająca cyfra była jak chłosta w moim sumieniu.
Kiedy drzwi holu w końcu się rozsunęły, uderzyło w nas mroźne nocne powietrze. Clara gwałtownie wciągnęła powietrze przez zaciśnięte zęby, a jej kolana lekko się ugięły. Złapałem ją, mocno objąłem w talii i prawie zaniosłem do samochodu zaparkowanego przy krawężniku.
Otworzyłem drzwi pasażera i oparłem dłoń o dach, żeby osłonić jej głowę.
Ale się zatrzymała. Nie weszła.
Przez jedną przerażającą sekundę myślałem, że ból w końcu pozbawił ją przytomności. Zamiast tego powoli odwróciła głowę, patrząc mi prosto w oczy w słabym blasku latarni.
„Czy najpierw bałeś się o mnie, Ethan?” zapytała cicho. „Czy najpierw byłeś zły?”
Pytanie zostało zadane tak cicho, że zabrzmiało niemal życzliwie. To sprawiło, że było nieskończenie bardziej druzgocące.
Mógłbym skłamać. Mógłbym z łatwością wybrać łagodniejszą wersję historii, wersję, w której miłość po prostu została zaskoczona i zdezorientowana przez strach. Wersję, w której to ja byłem bohaterem, który tylko na chwilę się pomylił.
Ale ona już widziała moją twarz w sypialni. A ja już widziałem dwadzieścia nieodebranych połączeń na jej ekranie.
„Ja pierwsza byłam zła” – wyznałem, a słowa smakowały mi w ustach jak popiół.
Jej powieki zadrżały, ale nie pozwoliła spłynąć ani jednej łzie. Skinęła głową tylko raz – drobnym, zdecydowanym ruchem, jakby mroczne, skryte podejrzenie, które żywiła co do naszego małżeństwa, w końcu doczekało się przerażającego potwierdzenia.
Wsiadła do samochodu i zatrzasnęła drzwi.
Jechałem jak szalony, łamiąc każde ograniczenie prędkości, choć każde czerwone światło zdawało się złośliwie wystawione na próbę mojego zdrowia psychicznego. Clara siedziała sztywno na siedzeniu pasażera, trzymając się obiema rękami za brzuch i głośno sycząc, przezwyciężając każdą nadchodzącą falę bólu.
W połowie drogi do szpitala, między jednym ciemnym skrzyżowaniem a drugim, mój telefon nagle gwałtownie zawibrował w kieszeni kurtki.
Zignorowałem go, wpatrując się w drogę.