Czy doszło do poważnego krwawienia?
Czy wystąpił uraz tępy, upadek lub wcześniejsze powikłania?
Clara odpowiadała na wszystkie możliwe pytania, drżącym głosem. Stałam za wózkiem inwalidzkim, trzymając niebieską teczkę medyczną, czując się kompletnie bezużyteczna, obficie pocąc się pod zimowym płaszczem.
Pielęgniarka, surowa kobieta z notesem, podniosła wzrok znad ekranu i spojrzała na mnie.
„A pan jest ojcem?” – zapytała rutynowo pielęgniarka.
Clara zawahała się.
To trwało tylko pół oddechu. Ale ta maleńka, mikroskopijna zwłoka wbiła mi się w pierś niczym piętnastocentymetrowa igła.
„Tak” – powiedziała w końcu Clara.
Nie wahała się, bo wątpiła w ojcostwo naszego dziecka. Zawahała się, bo doskonale rozumiała, że moje wątpliwości stały się na tyle widoczne, że ją zatrzymały.
Pielęgniarki odblokowały kółka wózka, popychając ją szybko przez podwójne drzwi w stronę sali urazowej, zostawiając mnie samą w oślepiającym, sterylnym świetle poczekalni, kompletnie rozbitą.
Poszłam za spieszącymi się pielęgniarkami surowym, białym korytarzem, aż jedna z nich położyła mi dłoń płasko na piersi, zatrzymując mnie w miejscu.
„Proszę dać nam dokładnie minutę, proszę pana” – rozkazała pielęgniarka łagodnie, ale z absolutnym autorytetem. „Musimy ją przebrać i ustabilizować. Potem może pan wejść”.
Chodziłam tam i z powrotem przed salą urazową nr 4, a serce waliło mi jak młotem o żebra. Zapach przemysłowego wybielacza i ciepłego plastiku przyprawiał mnie o mdłości. Każda sekunda ciągnęła się w bolesną wieczność. Kiedy w końcu zasłona została odsłonięta, podbiegłem do niej.
Klara leżała na wąskim, niewygodnym łóżku lekarskim, wpatrując się tępo w akustyczne płyty sufitu. Obok niej nieustannie migał skomplikowany aparat medyczny, cierpliwy i całkowicie obojętny na nasz strach.