Rozdział 1: Dekret Dziesięć Otwartych Drzwi
Kiedy stalówka mojego pióra w końcu zetknęła się z włóknem dekretu rozwodowego, zegar ścienny w gabinecie mediatora wskazał dokładnie 10:03. To była sterylna, dziwnie głęboka chwila. Nie było żadnych filmowych łez, żadnych wielkich, dramatycznych wybuchów ani tej przejmującej agonii, którą wyobrażałam sobie miesiącami. Zamiast tego, w mojej duszy panowała jedynie rozległa, dźwięczna cisza – taka, jaka następuje po długim, wyczerpującym oblężeniu.
Mam na imię Catherine. Mam trzydzieści dwa lata, jestem matką dwójki pięknych, zagubionych dzieci i od pięciu minut jestem byłą żoną Davida. Był to mężczyzna, który kiedyś szeptał mi do ucha obietnice dożywotniego schronienia, tylko po to, by zamienić je na tani dreszczyk emocji sekretnego życia.
Ledwo uniosłam pióro, gdy telefon Davida wybuchł. Dzwonek był charakterystyczny, melodia, której zaczęłam nienawidzić. Nie zawracał sobie głowy wdziękiem i dyskrecją. Tuż przede mną i kamienną twarzą mediatora, jego głos nabrał mdłej słodyczy, jakiej nie słyszałam od lat.