Odwrócił się. I wtedy zobaczyłam jego twarz. Skóra szara, policzki zapadnięte, oczy podkrążone tak, jakby nie spał od tygodnia. Ale oczy – te same. Ciemnobrązowe, trochę psie, trochę chłopięce. Przez sekundę miał minę dziecka przyłapanego na gorącym uczynku.
– Wiesława – szepnął.
Staliśmy w alejce z pieczywem, między chlebami a bułkami, i milczeliśmy. Kobieta z wózkiem ominęła nas, rzucając zirytowane spojrzenie.
– Jak się masz? – zapytałam, bo co innego miałam powiedzieć.
– Dobrze – powiedział odruchowo. Potem się poprawił: – Różnie.
Nie pytałam o szczegóły. On nie pytał o dzieci. Może nie miał odwagi. Staliśmy jeszcze chwilę, a potem powiedział to, czego w żadnym ze swoich wyobrażeń nie przewidziałam.
– Wiesława, ja… Czy mogłabyś mi pożyczyć trochę? Na chleb. Oddam.
Oboje wiedzieliśmy, że nie odda.
Patrzyłam na niego i myślałam o Bartku, który przez dwa lata rysował samochody dla taty. O Kasi, która w trzeciej klasie powiedziała koleżankom, że jej tata jest marynarzem i pływa po oceanie, bo nie umiała powiedzieć, że odszedł. O nocach przy kuchennym stole. O rachunkach na stosie. O mokrych skarpetkach.
A potem pomyślałam o tym, jak kiedyś – dawno, zanim wszystko się posypało – Leszek wracał z nocnej zmiany, zastawał mnie śpiącą na kanapie z Kasią na rękach i przykrywał nas kocem. Nie budził. Robił sobie kanapkę i szedł spać na podłodze w pokoju Bartka, żeby nas nie budzić.
To był ten sam człowiek. I jednocześnie – zupełnie inny.
Otworzyłam portfel. Wyjęłam banknot. Nie dwadzieścia złotych, nie sto – wyjęłam pięćdziesiąt. Wystarczy na chleb, masło, coś do jedzenia na kilka dni. Nie na alkohol, nie na papierosy – na chleb.
– Nie musisz oddawać – powiedziałam.
Wziął. Nie patrzył mi w oczy. Schował banknot do kieszeni kurtki i stał jeszcze chwilę, jakby chciał coś dodać. Nie dodał.
Odszedł między regały. Ten chód – stopy do wewnątrz, jakby się wahał, w którą stronę.
W samochodzie siedziałam dziesięć minut, zanim przekręciłam kluczyk. Zakupy na tylnym siedzeniu, silnik wyłączony, ręce na kierownicy. Myślałam o tym, że nie czuję satysfakcji.
Wyobrażałam sobie tę chwilę setki razy – jak go spotkam, jak zobaczę, że mu się nie udało, jak poczuję triumf, sprawiedliwość, potwierdzenie, że to ja miałam rację, a on popełnił błąd życia. I nic z tego nie przyszło. Zamiast triumfu była tylko ciężka, nieprzyjemna gula w gardle.
Wieczorem Bartek przyjechał na obiad. Zrobiłam schabowe z kapustą, jego ulubione. Jedliśmy w kuchni, gadaliśmy o jego pracy, o Kasi, która dzwoniła z Lublina i narzekała na dyżury. Normalna sobota. Normalne życie, które zbudowałam sama, cegła po cegle.
Nie powiedziałam Bartkowi o spotkaniu. Może kiedyś powiem. Może nie. Są rzeczy, które matka nosi sama, żeby dzieciom było lżej. Piętnaście lat temu wzięłam drugą zmianę. W pewnym sensie – nigdy z niej nie zeszłam.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności i myślałam o tym, że pięćdziesiąt złotych to niewielka cena za odkrycie, że zemsta – nawet ta zasłużona – smakuje jak tekturowy chleb.