„Mam nadzieję, że zachowałaś swój mundurek kelnerki ze studiów, Eleno” – zadrwiła Beatrice. Słyszałam szelest jej etoli z norek, gdy otulała nią ramiona – teatralny gest, jakby moja bliskość była przeciągiem, którego nie mogła całkowicie stłumić. „Bo bez nazwiska Sterling i konta bankowego mojego syna będziesz miała szczęście, jeśli pozwolisz sobie na kawalerkę na gnijących obrzeżach Jersey. Znów jesteś nikim. Sprawą charytatywną, z którą w końcu skończyliśmy”.
Mark stał obok niej, obsesyjnie poprawiając palcami zegarek Patek Philippe. To było arcydzieło zegarmistrzostwa warte 60 000 dolarów, które kupiłam mu na naszą trzecią rocznicę za moje prywatne dywidendy – pieniądze, które, jak przypuszczał, pochodziły z „rodzinnej kasy”. Spojrzał na mnie z mieszaniną litości i protekcjonalnego samozadowolenia, które przyprawiło mnie o dreszcze. Naprawdę wierzył, że jest słońcem, a ja tylko księżycem, który za bardzo oddalił się od jego orbity.
„Tak będzie najlepiej, El” – dodał Mark gładkim, pozbawionym skruchy głosem. To był jego „głos inwestora”, ten, którym tłumaczył klientom, dlaczego ich portfele krwawią. „Zawsze byłaś trochę zagubiona w naszym świecie. Jesteś miłą dziewczyną, ale towarzyskie wymagania bycia Sterlingiem… ewidentnie cię przerastały. Znajdź sobie kogoś bardziej odpowiadającego twoim potrzebom. Nauczyciela, może? Albo stolarza? Kogoś, komu nie przeszkadza kobieta pracująca w boksie”.
Zatrzymałam się przy windzie i w końcu odwróciłam się, żeby na nich spojrzeć. Nie wyglądałam na złą. Nie wyglądałam na pokonaną. Wyglądałam jak kobieta, która właśnie skończyła bardzo długą, bardzo żmudną robotę i w końcu była gotowa umyć ręce.
„Miesiąc to dużo czasu, Beatrice” – powiedziałam cicho, a na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech – uśmiech, który przez pięć lat próbowały zgasić swoją „etykietą” i „tradycją”. „Wiele może się zmienić w ciągu czterech tygodni. Organizuję małą kolację urodzinową 24-go. Bardzo bym chciała, żebyście oboje przyszli i zobaczyli, jak sobie „radzę” bez waszej ochrony”.
Mark zachichotał sucho, szyderczo. „Kolacja urodzinowa? Gdzie? W parku publicznym? A może jesteś wolontariuszką w jadłodajni dla ubogich i nazywasz to imprezą? Dobrze, przyjdziemy. Tylko po to, żebyś nie głodowała na ulicy. To będzie nasz ostatni akt charytatywny na rzecz Sterlinga”.
„Przyślę po ciebie samochód” – powiedziałam, a drzwi windy się rozsunęły.
Gdy drzwi zamknęły się przed ich uśmiechniętymi twarzami, sięgnęłam do torby i wyciągnęłam drugi telefon – czarne, zaszyfrowane urządzenie, którego nigdy nie odważyłam się użyć w kamienicy. Ekran ożył, a wraz z nim moja prawdziwa tożsamość.