Sanktuarium mojego salonu zamieniło się w miejsce spotkań. Stałam zamrożona w przedpokoju, z obcasami zwisającymi z lewej ręki i zawrotami głowy po czterdziestu ośmiu godzinach bez jedzenia. Z niedowierzaniem patrzyłam, jak ośmioro krewnych mojego męża systematycznie rozmontowuje nasze życie.
Drzwi szaf stały otworem, zawiasy jęczały. Rytmiczny zgrzyt drewnianych wieszaków o metalowe pręty rozbrzmiewał niczym odliczanie. Na aksamitnej sofie, na której Bradley Hale zwykł przesiadywać co wieczór, pogrążony w biografii lub podręczniku technicznym, leżały trzy otwarte bagaże podręczne. Dwóch jego kuzynów, mężczyzn, których ledwo rozpoznałam z tyłu, stało w korytarzu, metodycznie układając plastikowe skrzynki wypełnione jego książkami.