Zadowolony uśmiech na twarzy Beatrice nie tylko zgasł; rozprysł się całkowicie. Zdrowy, arogancki kolor natychmiast zniknął z jej policzków, pozostawiając skórę w mdłym, bladym odcieniu szarości. Wyglądała dokładnie jak trup podparty na krześle.
„Co?” Chloe jęknęła, jej głos brzmiał jak wysoki, przerażony pisk. Jej nowiutka, droga, designerska torebka zsunęła się z jej kolan, uderzając o podłogę z głuchym hukiem. „Jakie pożyczki? Był bogaty!”
„A czy oni wiedzą o toczących się federalnych aktach oskarżenia za masowe oszustwa związane z fikcyjnymi firmami, w których zarządach figurują jako członkowie? Nie wspominając o trzech milionach dolarów niezapłaconych zaległych podatków, które obecnie ma do zapłaty Urząd Skarbowy?”
Główny adwokat Beatrice omal nie zakrztusił się własną śliną. Rzucił się do przodu, próbując wyrwać sędziemu dokument z ręki, z twarzą bladą z przerażenia. „Wysoki Sądzie! Nie mieliśmy o tym pojęcia! Wnosimy o natychmiastową przerwę w celu wycofania wniosku!”
„Za późno na to, Panie Mecenasie” – powiedziałem.
Odwróciłem się powoli w stronę stołu, na którym siedziała powódka. Spojrzałem prosto w szeroko otwarte, przerażone, wyłupiaste oczy Beatrice. Arogancka matriarcha, która wyrzuciła mnie i moją córkę z naszego domu, była całkowicie, absolutnie sparaliżowana nagłą, katastrofalną anihilacją swojej rzeczywistości.
„Zażądałaś całego jego dziedzictwa, Beatrice” – powiedziałem cicho, głosem zimnym, ostrym i bezlitosnym. „Walczyłaś o to. Twierdziłaś, że to…
Twoje prawo krwi. No cóż… teraz to wszystko należy do ciebie”.
Pewnego razu, niczym zaaranżowane przez mistrzowskiego dyrygenta, ciężkie dębowe drzwi z tyłu sali sądowej otworzyły się z głośnym, zdecydowanym hukiem.
Dwóch mężczyzn o surowych twarzach, ubranych w ciemne kurtki wiatrówki z jaskrawożółtymi literami IRS-CID na plecach, weszło do sali. Towarzyszyła im para uzbrojonych funkcjonariuszy federalnych.