„Dlaczego?” – zapytałem, zirytowany tą insynuacją.
„Na wszelki wypadek, gdyby życie nie poszło zgodnie z planem”.
Z perspektywy czasu jej słowa brzmią mniej jak zwykła rekomendacja finansowa, a bardziej jak ostrzeżenie, które postanowiłem zignorować.
Kiedy Camille otworzyła drzwi tego wieczoru, aromat gotującej się wołowiny, tymianku, czosnku i czerwonego wina uniósł się w rześkie, wczesnowiosenne powietrze.
Ten zapach przeniósł mnie w czasie, do naszej starej kuchni – Alexandre pochylał się nad garnkiem, smakując sos prosto z łyżki, a mała Camille podjadała plasterki marchewki, myśląc, że nikt nie patrzy.
Przez chwilę prawie uwierzyłem, że ten wieczór przyniesie ukojenie. Może nawet poczucie spokoju.
Ale coś było innego w Camille, kiedy mnie przytulała.
Przytuliła mnie mocno, a mimo to jej ciało było sztywne, napięte, jakby każdy mięsień był w stanie najwyższej gotowości.
Jej włosy, które kiedyś opadały jej do połowy pleców, teraz sięgały ramion. Miała na sobie bluzkę z długim rękawem, mimo że w Paryżu już znacznie złagodniało.
A kiedy odsunęła się, żeby na mnie spojrzeć, jej uśmiech pojawił się zbyt szybko. Zbyt idealnie.
„Wszystko w porządku?” zapytałam cicho.
„Oczywiście, mamo” odpowiedziała, zakładając kosmyk włosów za ucho.
„Jestem po prostu zmęczona”.
„Pracą”.
Zanim zdążyłam cokolwiek dodać, Richard pojawił się za nią.
„Teściowa!” zawołał ciepło, wyciągając ramiona i uśmiechając się nienagannie, z nieskazitelnym, idealnie wyważonym uśmiechem.
„Jak miło cię widzieć”.