Rozdział 1: Sępy na stypie
Przez cztery lata ostry, sterylny zapach antyseptyku jodowego i ciepły, kojący aromat herbaty Earl Grey stanowiły absolutne granice mojego świata.
Miałam dwadzieścia osiem lat i nazywam się Maya Lawson. Podczas gdy moi rodzice, Helen i Richard, byli zajęci rozszerzaniem swoich elitarnych klubów wiejskich i organizowaniem wystawnych, pełnych przepychu przyjęć, ja mieszkałam w apartamencie gościnnym rozległej posiadłości mojego dziadka. Podczas gdy moja młodsza siostra, Chloe – niekwestionowane, lśniące Złote Dziecko rodziny – „odnajdywała siebie” w Paryżu i Mediolanie za pieniądze mojego dziadka, to ja wymieniałam ciężkie butle tlenowe Arthura. To ja trzymałam jego wątłą, drżącą dłoń o trzeciej nad ranem, gdy przerażające, halucynogenne cienie demencji wkradały się w kąty jego pokoju.
Arthur Vance był surowym, ale błyskotliwym człowiekiem, bezwzględnym, samozwańczym tytanem rynku nieruchomości komercyjnych, który zbudował imperium z niczego. Nie był serdecznym człowiekiem, ale dla mnie był wszystkim. Nie poświęciłem dwudziestki, kariery i życia towarzyskiego dla jego pieniędzy; zrobiłem to, ponieważ był jedyną osobą w rodzinie Lawsonów, która kiedykolwiek spojrzała na mnie i zobaczyła istotę ludzką, a nie jednorazowy dodatek czy niedogodność.
Kiedy Arthur w końcu odszedł w deszczowy wtorkowy poranek, żal całkowicie mnie wyniszczył. Czułem się, jakby z mojej klatki piersiowej chirurgicznie usunięto ogromny, niezbędny organ.
Moja rodzina jednak potraktowała jego śmierć i późniejszy pogrzeb nie jako tragedię, lecz jako długo oczekiwaną fuzję korporacyjną.
Tydzień po pogrzebie siedzieliśmy w sterylnej, agresywnie nowoczesnej, przeszklonej sali konferencyjnej wieloletniego prawnika Arthura, pana Sterlinga. Atmosfera była gęsta od zachłannej, wręcz wibrującej niecierpliwości.
Helen, moja matka, miała na sobie czarny, designerski garnitur szyty na miarę, który kosztował więcej niż mój samochód. Wystukiwała zadbane paznokcie szybkim, irytującym staccato rytmem o wypolerowany mahoniowy stół. Chloe, dwudziestoczteroletnia i promieniująca niezasłużoną dumą, niemal podskakiwała na swoim pluszowym, skórzanym fotelu, swobodnie przeglądając oferty luksusowych nieruchomości w Toskanii na swoim najnowszym iPhonie. Richard, mój ojciec, co trzydzieści sekund sprawdzał swojego Rolexa.