„Miałaś rację, sprzedając dom” – powiedziała cicho. „Nigdy nie doceniliśmy tego, co mieliśmy. Ani trochę”.
Wyszła z gabinetu. Siedziałem sam w ciszy, wpatrując się w czek na biurku. To była oferta pokoju, ale czy to był rozejm, czy pułapka? Zawibrował mój telefon. SMS od Michaela. Mama mówi, że z tobą rozmawiała. Naprawdę chodzimy na terapię? To niedorzeczne. Uśmiechnąłem się, podniosłem telefon i napisałem odpowiedź. Nie musisz nic robić, Michael. Ale autobus do odkupienia odjeżdża za pięć minut. Radzę ci wsiąść.
Tego popołudnia wpłaciłem czek na konto Emmy 529 College Savings Plan. Nie oddzwoniłem do mamy. Jeszcze nie.
W następny czwartek siedziałem w poczekalni w gabinecie dr. Arisa. Drzwi się otworzyły i weszli moi rodzice. Tata wyglądał na słabego, opierał się na lasce, którą trzymałem.
Nigdy wcześniej ich nie widziałam. Mama wyglądała na zdenerwowaną.
Usiedli na przeciwległej kanapie. Nie przytuliliśmy się. Nie wymieniliśmy uprzejmości.
„Gotowa?” zapytała dr Aris, otwierając drzwi.
Weszliśmy.
Zajęło to sześć miesięcy. Sześć miesięcy niewygodnych rozmów, łez, przyznawania się ojca do tchórzostwa i przyznawania się matki do przenoszenia na mnie własnych kompleksów. Jennifer i Michael nigdy się nie pojawili. Trwali w swojej bańce poczucia wyższości, wmawiając sobie, że to ja jestem czarnym charakterem. To było w porządku. Nie potrzebowałam wszystkich. Potrzebowałam tylko tych, którzy chcieli się rozwijać.
Pewnej niedzieli późną wiosną urządziłam u siebie kolację. Nie była to rozległa posiadłość; to był wygodny, skąpany w słońcu dom w stylu kolonialnym, który kupiłam za dochody z wynajmu.
Stół nie był nakryty porcelaną. Zastawiono go kolorowymi ceramicznymi talerzami, które wybrała Emma.
Mama siedziała przy stole. Spojrzała na Emmę, która z radością zajadała się hot dogiem.
„Emma” – powiedziała mama.
Emma spojrzała na nią z niepokojem.