Z gracją wskazała na swoją prawą stronę. „Z Davida i jego ogromnego, zasłużonego awansu. Jesteś tytanem, mój chłopcze”.
David chełpił się, kiwając skromnie głową w odpowiedzi na uprzejme oklaski ciotek.
„Z mojej siostry, Carol” – kontynuowała Eleanor, wskazując na kobietę ociekającą turkusową biżuterią – „i z finalizacji jej wspaniałego nowego domu na plaży w Hamptons. Jesteśmy rodziną ludzi sukcesu. Jesteśmy rodziną, która ceni ciężką pracę, dziedzictwo i sukces”.
Zatrzymała się. Cisza przeciągnęła się na teatralne, bolesne dwie sekundy.
Jej wzrok powoli, rozmyślnie powędrował wzdłuż stołu, omijając odnoszących sukcesy kuzynów, lekarzy i prawników, aż w końcu jej wzrok utkwił we mnie niczym snajper namierzający cel.
„A potem” – westchnęła Eleanor, całkowicie rezygnując z uroczej fasady, a jej głos stał się zimny, beznamiętny i mocno przesiąknięty rozczarowaniem. „Jest Maya”.
Cała jadalnia zamarła w bezruchu. Słychać było szpilkę upadającą na gruby perski dywan.
„Siedzi cicho na samym końcu stołu” – zadrwiła Eleanor, krzywiąc usta z obrzydzeniem. „Jak zwykle. Ubrana… cokolwiek to jest”. Wskazała niejasno moją bluzkę.
Gorący rumieniec czystego, nieskażonego zażenowania oblał mi szyję, ale zmusiłam się do pozostania w bezruchu. Nie odrywałam wzroku.
„Wiesz, Mayo” – kontynuowała Eleanor, pochylając się lekko do przodu. Jej głos bez trudu niósł się po cichym pomieszczeniu, sprawiając, że każdy krewny usłyszał jej upokorzenie. „Nie jesteś tak naprawdę pełnoprawną częścią tej rodziny. Nie wnosisz nic do rozmowy. Nie podzielasz naszych wartości, ambicji ani prezencji. Po prostu siedzisz tu, zajmując miejsce, nie wnosząc absolutnie nic do stołu”.
Podniosła kryształowy flet, upiła mały łyk, a jej oczy błyszczały okrutną, drapieżną radością.
„Szczerze mówiąc, Mayo” – stwierdziła Eleanor, zadając śmiertelny cios – „nie zasłużyłaś na miejsce przy tym stole”.
Kuzyn Greg, siedzący trzy miejsca dalej, prychnął cicho, stłumionym chichotem w serwetkę.
David uśmiechnął się szeroko, mieszając swoje drogie, kradzione wino, odchylając się na krześle i patrząc na mnie z jawną, arogancką litością.
Chór nerwowego, uległego, pochlebczego śmiechu przetoczył się przez dwadzieścia pięć osób siedzących przy stole. Moi krewni aktywnie, z własnej woli chichotali z mojego publicznego poniżenia. Śmiali się, trawiąc posiłek za dwieście dolarów za talerz, za który osobiście zapłaciłem.