Nie prawdy, jeszcze nie. Tylko wyidealizowanej, brudnej i świeckiej wersji romansu. Bardzo młoda panna młoda sfotografowana pod rękę z samotniczym Armandem Delorme. Komentarze w mediach społecznościowych. Artykuły o „tajemniczym małżeństwie patriarchy”. Lawina spekulacji na temat dziewczyny ze skromnej dzielnicy, która pewnego wieczoru została żoną mężczyzny w wieku, który mógłby być jej dziadkiem.
Adrien zadzwonił do mnie piętnaście minut później.
O mało nie odebrałam.
Wtedy przypomniałam sobie jego ostrzeżenie.
„Wiedzą” – powiedział bez wstępów. Jego głos brzmiał inaczej, teraz, gdy poznałam prawdziwy tembr mężczyzny za maską. Mniej jaskiniowy. Bardziej bezpośredni. Też bardziej zmęczona. „Hélène została ostrzeżona, że wyjechałaś przed świtem. Najpierw przyjdzie z pieniędzmi. Potem z groźbami”.
„Skąd wiesz?”
„Bo ja bym tak zrobiła na jej miejscu, gdybym była bardziej chciwa niż sumienna”.
Nienawidziłam faktu, że ta odpowiedź miała sens.
„Czego ode mnie oczekujesz?”
„Niczego dziś wieczorem. Tylko tego: niczego nie podpisuj. Nawet jeśli twierdzą, że dotyczy to opieki nad twoją matką albo edukacji Mathisa. Audyt jest jutro. Potem, jeśli chcesz unieważnić umowę i nigdy więcej mnie nie zobaczyć, dostaniesz to jak należy”.
Cisza.
Potem, ciszej:
„Przepraszam. Wiem, że to słowo niewiele znaczy w moich ustach”. Ale i tak jestem.
Nie odpowiedziałem.
Rozłączyłem się.
Hélène de Villiers przyjechała następnego popołudnia białym SUV-em, który był zbyt nieskazitelny jak na naszą ulicę.
Kremowy garnitur. Ciemne okulary. Uroda utrzymana jak broń. Weszła do naszego domu jak ktoś odwiedzający użyteczne miejsce, a nie jak ktoś wchodzący do czyjegoś domu. Jej wzrok przesunął się po lekach, nowej lodówce, papierach szkolnych i w sekundę przetworzył całą scenę.
„Valérie” – powiedziała z uśmiechem, który nie sięgał jej oczu. „Miałaś ciężkie dwadzieścia cztery godziny. Pozwól, że zaoszczędzę ci trochę czasu”.
Wyjęła z torby grubą kopertę.
„Wszystko, co Adrien obiecał twojej rodzinie, mogę potroić. Gotówką. Jeszcze dziś. W zamian potrzebuję bardzo prostego oświadczenia”.
Spojrzałem na kopertę. Potem na nią.
„Jakiego oświadczenia?” „Że mój siostrzeniec zdradził cię w wymuszonym małżeństwie, że jest niestabilny emocjonalnie, ma obsesję na punkcie tożsamości zmarłego ojca i że nie nadaje się do zarządzania grupą ani fundacją. Nie musisz wdawać się w szczegóły. Wystarczy, żeby zarząd odzyskał kontrolę”.
Mathis zaklął od progu.
Mama kazała mu milczeć.
Hélène nie wydawała się obrażona. Może mężczyźni tacy jak mój brat ją irytowali. Kobiety takie jak ja interesowały ją tylko jako narzędzie nacisku.
„A jeśli odmówię?” zapytałem.