„Toczysz wojnę o pieniądze pod przykrywką strategii rodzinnej. I niestety, teraz jesteś tego dowodem”. „Przyjedź jutro do Lyonu. Nie do posiadłości. Do kancelarii mojego prawnika. Zabierz dokumenty”.
Poszłam.
Nie dlatego, że jej ufałam.
Bo w tym momencie bezczynność zaczynała wyglądać jak najbardziej idiotyczna opcja ze wszystkich.
Biuro znajdowało się na piątym piętrze szarego budynku niedaleko Presqu’île. Recepcjonistka zwróciła się do mnie „Madame Delorme”, zanim się poprawiła. Słowo „żonaty” tym razem wydało mi się inne. Mniej jak los, bardziej jak źle włożona szpilka spinająca zbyt dużo materiału.
Adrien już tam był.
Bez maski.
Bez sztucznego brzucha.
Bez strojów patriarchy.
W biały dzień, w grafitowym garniturze, był niemal jeszcze bardziej niepokojący niż w ogrodzie. Wyglądał młodziej, niż sugerowałaby jego reputacja, i bardziej zmęczony, niż pozwalałby na to jego majątek.
Wstał, kiedy weszłam, ale nie ruszył się naprzód.
Ten drobny akt dyscypliny niczego nie wymazał. Po prostu sprawił, że powietrze stało się zdatne do oddychania.
Prawniczka, Béatrice Lenoir, była kobietą po pięćdziesiątce, z siwymi włosami na skroniach, suchym spojrzeniem i miną osoby, która nigdy w dorosłym życiu nie pomyliła uroku z dowodem.
Spisała moje zeznania dotyczące wizyty Hélène. Skopiowała dokumenty. Potem zrobiła coś, co znów zmieniło całą historię.
Pokazała mi podsumowanie audytu.
Przelewy z Fundacji Delorme do firm fikcyjnych powiązanych z Hélène, do wujka Philippe’a de Villiersa i do dostawcy usług medycznych, który od lat zawyżał ceny za sprzęt przeznaczony do mobilnych klinik. Brakujące pieniądze nie były jakąś księgową abstrakcją. To były pieniądze na leczenie, stypendia, pomoc doraźną. Pieniądze, które powinny pomóc rodzinom takim jak moja.
Mój gniew zmienił formę.
Nie osłabł.
Stał się ostrzejszy.
„Ukradli fundusze przeznaczone na opiekę?” Zapytałam.
Beatrice skinęła głową.
„Między innymi”.
Adrien spojrzał na mnie wtedy nie jak człowiek oczekujący współczucia, ale jak człowiek czekający, czy mój kompas moralny rzeczywiście wskazuje kierunek, w którym miał nadzieję. Nienawidziłam tego, że znał mnie już wystarczająco dobrze.
Wyjawił resztę.